JORN Over The Horizon Radar 2022

Jorn Over The Horizon Radar recenzja

Jørn Lande, stojący na czele zespołu Jorn, to ikona norweskiego metalu i hard rocka, i jest jednym z filarów prawdy objawionej, że skandynawski ciężki rock ma się całkiem dobrze (co nie dla wszystkich jest takie oczywiste, bo bardziej kojarzą takie nazwy jak ABBA czy Roxette). Ten charyzmatyczny, obdarzony mocnym głosem wokalista, uczestniczył w wielu muzycznych projektach, z których najbardziej znany był niemiecki zespół Masterplan. Był, bo teraz stoi na czele własnej formacji o nazwie Jorn, i to ona jest jego wizytówką. Wprawdzie ostatni album Life On Death Road wydał w 2017 roku, więc bardzo dawno, ale w międzyczasie był zaangażowany w różne projekty, nagrał też album z coverami, a także wystąpił w… Eurowizji. Po jaką cholerę rockowy muzyk bierze udział w tym festwialu tandety, trudno mi zrozumieć. Było, minęło. Ważne, że się pozbierał po klęsce (o dziwo nie wygrał!) i odreagował całkiem przyzwoitym albumem Over The Horizon Radar.

Nie lubię opisywać płyt, które specjalnie nie podnoszą ciśnienia, bo nie ma się czym zachwycać, ale przyczepić się też nie ma do czego, bo w zasadzie wszystko jest na miejscu. Wtedy się pisze, że artysta wydał solidny album (cokolwiek to znaczy). Nowa propozycja Jorn jest więc solidna, rzekłbym nawet nadzwyczaj solidna, bo zacnego hard rocka tu całkiem sporo, a miałkich wypełniaczy niewiele. Do składu powrócił gitarzysta Tore Moren i jego soczyste solówki są ozdobą wydawnictwa. Oczywiście obok głosu mistrza ceremonii. Wysoki standard wyznacza już kapitalny utwór tytułowy na samym początku płyty, ale drugi Dead London jest jeszcze lepszy. Utrzymany w średnim tempie, bardzo przebojowy, z nośnym refrenem, to murowany hit. Byłby, gdyby radia grały rocka, a nie popową sieczkę. Nastrój wyhamowuje My Rock And Roll z akutycznym początkiem, po którym już jest ostrzej, ale to żaden rock’n’roll. To jeden z wypełniaczy. Wymiata natomiast mocny i zadziorny Black Phoenix, mój faworyt w zestawie, oraz In The Dirt, klasyczny AOR w stylu lat 80., może nieco monotonny, ale cóż – tak gra Jorn, melodyjnie lecz dość prosto i czasem topornie. W tym momencie wypada wspomnieć o zamykającym zestaw utworze Faith Bloody Faith. To ta nieszczęsna piosenka z Eurowizji. Nieco przaśna, bardziej pop- niż hardrockowa, ze stadionowym refrenem, więc z pewnością przyjmie się na koncertach. Mnie to nie rusza, wolę więcej rockowego mięcha, jednak z klasą kończy ten „solidny” album.

Czy warto było czekać na Over The Horizon Radar? Jak najbardziej. Szału może nie ma, ale przyzwoity poziom został utrzymany. Mam tylko nadzieję, że pan Lande weźmie się do roboty i kolejną pozycję przygotuje szybciej niż za 5 lat.

Moja ocena 3/5

Udostępnij

Post Author: Sławek

Zostaw komentarz

  • Komentarze (0)
  • Facebook

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Potwierdź, że nie jesteś automatem: