
Debiut szwedzko-francusko-amerykańskiego zespołu Blues Pills 10 lat temu sporo obiecywał. Powszechnie mówiono o udanym powrocie do blues rocka z wczesnych lat 70., zaś obdarzoną mocnym, lekko zdartym głosem wokalistkę Elin Larsson nieco na wyrost porównywano do samej Janis Joplin. Dwa lata później grupa wydała niezły, choć już nie tak mocarny album Lady In Gold, który żeglował w kierunku soulu i R&B. Problemem był brak wyrazistości nagrań, bo przecież gigantów rocka kochamy za konkretne, nieśmiertelne utwory, a nie sam klimat nagrań. Blues Pills wydali jeszcze jeden krążek, ale był tak słaby, że nawet nie poświęciłem mu jednego słowa. Chyba jednak muzycy sporo przemyśleli, bo po czterech latach wracają z bardziej dojrzałą i konkretną ofertą. Płyta Birthday może nie rzuca na kolana, ale przywraca grupę na właściwe tory.
„Z tym albumem naprawdę uwolniliśmy się i zostawiliśmy za sobą wszelkie granice i oczekiwania, aby napisać muzykę, którą kochamy.” To słychać już od pierwszych taktów utworu tytułowego, który znakomicie otwiera całość. To pełen energii, dynamiczny i bardzo przebojowy kawałek, przy którym nogi same chodzą. Jeszcze lepiej jest w równie mocarnym Don’t You Love It, a trzeci Bad Choices dokłada zaraźliwy refren. Wbrew tytułowi to bardzo dobry wybór. Oczywiście nie cały czas jest tak ostro, później tempo siada, dostajemy trochę mniej wyraziste nagrania plus dwie czy trzy ocierające się o pop ballady. Nic szczególnego, chociaż nad Like A Drug wyraźnie unosi się duch Led Zeppelin, za to pod koniec albumu forma wraca, również za sprawą wolniejszych kompozycji. Polecam zwłaszcza I Don’t Wanna Get Back On That Horse Again, w której urzeka pełen dramaturgii wokal Larsson.
Miło, że Blues Pills wraca w nowej odsłonie. Dla mnie może nieco zbyt popowej, brak mi tu surowości oryginału, ale nowe piosenki dają nadzieję, że muzycy nie powiedzieli jeszcze ostatniego słowa. Czekam na więcej. I szybciej niż za cztery lata.
Moja ocena 3/5
