
Trudno być kibicem Realu Madryt w tym sezonie. Klub staje się memem, nie funkcjonuje dosłownie nic. A przecież miało być tak pięknie…. Do plejady madryckich gwiazd dokupiono najlepszego piłkarza świata, zatrudniono jednego z najbardziej obiecujących trenerów młodego pokolenia, a okazuje się, że nie ma drużyny. Jest zlepek leniwych, zblazowanych indywidualistów o wybujałym ego, którzy nie potrafią ze sobą grać. Albo, co gorsza, zwyczajnie im się nie chce. Bo po co się wysilać, skoro trener i zarząd akceptują nieróbstwo.
Mija 50 dni, gdy stery drużyny przejął Álvaro Arbeloa. Jego bilans to 4 porażki w 12 meczach. Zdążył już
- odpaść z Pucharu Króla po porażce z walczącym o utrzymanie drugoligowcem,
- po kompromitującej porażce z Benficą wypaść poza pierwszą ósemkę Ligi Mistrzów,
- przegrać dwa mecze ligowe z rzędu z drużynami środka tabeli.
W efekcie Real ma tylko iluzoryczne szanse na mistrzostwo, a niemal żadnych na wygranie Ligi Mistrzów, bo musi walczyć z Manchesterem City, a potem w kolejce czeka Bayern. To za wysokie progi dla ekipy, która nie umie pokonać Osasuny czy Getafe, a obie drużyny nie wygrały z Realem od kilkunastu lat. Aż do teraz. To właśnie te ostatnie porażki przelały czarę goryczy. I już nawet nie chodzi o same wyniki, ale fatalny obraz gry, jaki prezentuje klub z najdroższą kadrą na świecie. Piłkarze snują się po boisku, bez celu, bez planu, bez zawziętości, bez ikry, bez życia, energii, bez chęci, bez wiary, bez…. Tu problemem nawet nie jest trener, czy raczej pełniący jego obowiązki pupilek zarządu, bo było wiadomo, że dla niego to za wysokie progi. Że bez doświadczenia i silnej osobowości nie ogarnie ekipy, skoro nie podołał temu ani Ancelotti, ani Alonso. Ten ostatni chciał coś zmienić, zagonić leniuszków do roboty, ale ci się zbuntowali, a stetryczały zarząd stanął po ich stronie. W efekcie Xabi poleciał ze stanowiska, a piłkarze już wiedzą, że nic nie muszą. Dostali marionetkę, która ich wychwala pod niebiosa, a oni dalej mają wywalone. Tym razem nawet już nie udają, że będą biegać, stosować pressing, walczyć o każdą piłkę, szukać nieoczywistych rozwiązań. Nie muszą tego robić, kasa i tak wpływa na konto, a z roboty nikt ich nie wyrzuci. Cokolwiek złego nie zrobią, Arbeloa powie, że to jego wina.
Kolejny sezon bez trofeów staje się faktem. Światełka w tunelu nie widać. Ten marazm będzie jeszcze trwał wiele lat, jeśli w zarządzie ktoś nie oprzytomnieje. 78-letni Florentino Pérez trzyma klub silną ręką, ale źle zarządza kadrą i popełnia te same błędy, które 20 lat temu doprowadziły go do dymisji. Finanse Realu są stabilne, ale sportowo Królewscy nie nadążają, a pogrążona w wielkim kryzysie, posklejana trytytkami Barcelona odjeżdża coraz dalej. To wielki wstyd dla klubu, który teraz królewski jest tylko z nazwy, a oglądanie jego gry staje się katorgą dla oczu. Trudno być kibicem Realu Madryt. Ale wiara umiera ostatnia. Może kolejny pusty sezon skłoni prezesa do refleksji, że jednak trzeba przeprowadzić kadrową rewolucję, bo wielu piłkarzy nie docenia tego, gdzie jest i jakie są wymagania w Realu Madryt. Albo były, bo teraz ich nie ma. Czas je przywrócić. I postawić na prawdziwego trenera, a nie żadną wydmuszkę.
