
Klasyk to zawsze Klasyk. Mimo wielu kontrowersji, również pozasportowych, w meczach Realu Madryt z Barceloną króluje futbol. Królował także w Madrycie trzy miesiące temu, gdy Blaugrana upokorzyła Los Blancos wygrywając aż 4-0. Wtedy już koronowano ją na mistrza Hiszpanii, ale dzisiaj to madrytczycy są pierwsi w ligowej tabeli i bardzo chcieliby się zrewanżować odwiecznemu rywalowi. Okazja nadarzyła się w Dżuddzie, gdzie rozegrano finałowy mecz Superpucharu Hiszpanii. Nie było faworyta, bo El Clásico rządzi się swoimi prawami i zawsze może wydarzyć się wszystko. Wydaje mi się, że Real od czasów Guradioli ma jednak pewien kompleks Barcelony i na te mecze wychodzi na tzw. miękkich nogach. Często bowiem dostawał wysokie lanie, a sam wygrywał nisko i po bólach. Wyjątkiem był ubiegłoroczny finał Superpucharu wygrany łatwo 4-1. Ale rok wcześniej Real przegrał…
Garść statystyk przed meczem. Barcelona wygrała Superpuchar Hiszpanii 14 razy, Real 13. Jednak w bezpośrednich 9 starciach Królewscy triumfowali siedem razy. Flick jak dotąd nie przegrał żadnego finału (5 wygranych finałów z Bayernem), Ancelotti – i owszem, choć oczywiście Włoch rozgrywał tych finałów znacznie więcej. Jednakże dotychczas w swojej 30-letniej karierze trenerskiej nie obronił żadnego trofeum. Jakie to wszystko ma znaczenie? Żadne poza tym, że dzisiaj któraś seria musiała dobiec końca. Hansi Flick swoją utrzymał – wygrał kolejny finał, a Carlo Ancelotti dalej nie potrafi obronić trofeum. Barcelona wygrała 5-2 i zdobyła swój 15. Superpuchar Hiszpanii. Sam mecz był kapitalnym widowiskiem, jednak do tanga trzeba dwojga…
W zasadzie pierwsza połowa ustawiła całe spotkanie. Grała jedna drużyna, druga tylko obserwowała. Rzecz jasna – grała Barcelona, a Real głównie przeszkadzał i podawał do bramkarza, ten wybijał długie piłki i to był jedyny pomysł na grę w ataku. Wprawdzie już po 5 minutach madrytczycy prowadzili po przejęciu piłki i wspaniałym rajdzie Mbappé, ale Barcelona stworzyła kilka klarownych okazji bramkowych (w celnych strzałach 7-2) i gole były kwestią czasu. Wyrównał Lamine Yamal, potem Lewandowski trafił z rzutu karnego po faulu Camavingi, a dzieła zniszczenia dopełnili Raphinha i w ostatniej minucie Balde. Druga połowa była tylko formalnością, ale jeszcze mocniej uwidoczniła jałowość Królewskich. Rodrygo trafił w poprzeczkę, w odpowiedzi po wzorowej kontrze Raphinha strzelił na 5-1. A to przecież Los Blancos mieli strzelać z kontry… Potem z boiska wyleciał Szczęsny, a z wolnego Rodrygo strzelił drugiego gola dla Realu. Zostało 30 minut gry w przewadze i właśnie wtedy, gdy oczekiwaliśmy zmasowanego ataku madrytczyków, ci nie potrafili stworzyć żadnego zagrożenia. Kompletnie nic. Zero. Aż trudno w to uwierzyć. Real ma świetnych zawodników, ale oni nie tworzą drużyny, są kompletnie bezpłciowi w grze zespołowej, a zamiast do przodu grają w poprzek. Po co? Nikt nie wie. Może poza Carlo… Barcelona nie ma takich gwiazd, ale ma drużynę, ma pomysł na grę i przede wszystkim ma trenera. Flick po raz drugi zjadł weterana Ancelottiego. Przeżuł go i wypluł. Wiekowy trener stawiający na obronę w dwóch meczach z Barceloną stracił 9 bramek.
Co można powiedzieć po takim meczu? Że Carlo Ancelotti nie ma żadnego pomysłu na grę Realu? To wszyscy wiemy od dawna. Że jego wybory personalne są nietrafione? Że nie umie zmobilizować piłkarzy do intensywnej walki na całym boisku? To też wiemy. W Madrycie są wielkie gwiazdy, ale nie potrafią ze sobą grać, a trener mając ofensywny skład wciąż mówi tylko o obronie. Więc gdzie ta obrona? Bo nie na boisku w Arabii Saudyjskiej. Leganes czy Las Palmas potrafiły niedawno ograć Barcelonę, a wielki Real Madryt ze swoją kadrą za setki milionów znów był bezradny. Nie tylko przegrał, ale kolejny raz się skompromitował. Ja mogę tylko powtórzyć mój apel sprzed miesiąca: Ancelotti, odejdź!
