Barcelona demoluje Real w Madrycie

Real Madryt - Barcelona 0-4 La Liga 2024

Pisanie o Realu Madryt to ostatnio bardzo trudne zajęcie. Ale El Clásico to zbyt ważny mecz, by go pominąć milczeniem, nawet jeśli w Madrycie nic nie jest jak powinno. Szerzej o madryckim dołku pisałem tutaj, więc nie będę tego powtarzał. To już nie czasy pojedynków Cristiano Ronaldo – Leo Messi, ale wczorajszy Klasyk i tak wzbudził ogromne emocje i zainteresowanie, pierwszy raz od bardzo dawna, bo był meczem o coś. Nie o tytuł czy trofeum, ale meczem, który miał coś udowodnić i który miał duże znaczenie dla układu ligowej tabeli. Tam prowadziła Barcelona, trzy punkty nad Realem. Barcelona, cudownie odmieniona przez trenera Hansiego Flicka, która nie tylko wygrywa, ale rozgniata kolejnych rywali, ładując im po kilka bramek. Przykładem choćby środowa wygrana z Bayernem 4-1. To wielki klub i ten wynik robił wrażenie. Oczywiście w Madrycie mówiono, że prawdziwy test będzie dopiero na Bernabéu, ale przecież Real w tej formie nie powinien stanowić wielkiej przeszkody. Nie powinien, ale Klasyki rządzą się swoimi prawami. Nadzieje wzrosły po wtorkowej wygranej 5-2 z Borussią Dortmund, gdy Królewscy przegrywali 0-2 i po przerwie zgnietli rywala aplikując manitę. Wreszcie coś zatrybiło i wczoraj Real miał udowodnić, że nadal jest najlepszą drużyną globu, która w ważnych meczach zawsze staje na wysokości zadania. Miał wygrać i odrobić stratę w tabeli. To się jednak nie wydarzyło. Los Blancos dostali mocne lanie od rozpędzonej Blaugrany, przegrali 0-4 i bardzo ograniczyli swoje szanse na obronę mistrzostwa.

Co można napisac po takiej porażce? Wstyd, kompromitacja, żenada. Do wyboru. To wszystko prawda, chociaż wynik nie do końca oddaje to, co się na boisku działo. Bo madrytczycy zaczęli z przytupem. Był pressing, była szybka, wertykalna gra, były szanse bramkowe, które regularnie marnował Mbappé (co najmniej trzy setki) czy Vinícius (niecelny strzał z 5 metrów po wspaniałym rajdzie). Gra jednak napawała optymizmem. Gola Mbappé anulowano przez spalonego, podobnie drugiego po przerwie. W całym meczu Real 12 razy był łapany na spalonym – to amatorski wynik i nie przystoi tak wielkim zawodnikom. Po zmianie stron na boisko wyszedł inny Real – zaspany, nieuważny, zmęczony, bezbarwny. Gdy w 54 minucie gola strzelił Lewandowski i po chwili dołożył drugiego, Los Blancos stanęli. Nie umieli odpowiedzieć. Załamali się mentalnie i w zasadzie kolejne gole rywala były kwestią czasu. Lewy zmarnował dwie setki, ale trafili Yamal i Rafinha. Mogło być wyżej, ale 0-4 to wystarczający wstyd.

Nie chcę się pastwić nad Realem, któremu przecież kibicuję, ale wyraźnie coś tu nie gra. Barcelona jest lepsza o klasę lub dwie i nie bardzo widzę w Hiszpanii ekipy, które ją powstrzymają. Do końca daleko, ale 6 punktów przewagi to dużo. Katalończycy są na fali, niesie ich entuzjazm i wiara w sukces. Widać tam rękę i znaczenie trenera. Real jest podłamany, a Carlo Ancelotti nie panuje nad drużyną. Bez zmiany na stanowisku trenera nie widzę, by coś mogło się znacząco zmienić. Nie widzę też tej zmiany wcześniej niż latem, bo teraz nie ma dostępnych szkoleniowców na poziomie. Carletto się wypalił. Nie dostrzega rzeczy oczywistych. Nie próbuje zmian licząc, że samo się naprawi. Nie ma odwagi wyjść ze strefy komfortu i postawić na młodych, którzy tak się sprawdzają u rywala. U nas Endrick czy Güler są przyspawani do ławki, chociaż sprowadzono ich za grube miliony. Może ta druzgocąca porażka otrzeźwi szkoleniowca? Raczej się nie spodziewam, bo już powiedział na pomeczowej konferencji, że poprzednim razem, gdy dostał 0-4 z Barceloną, wygrał i La Ligę, i Ligę Mistrzów. No cóż, wypada życzyć powtórki. I na tym zakończę.

Udostępnij

Post Author: Sławek

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Potwierdź, że nie jesteś automatem: