
Po spektakularnym transferze Kyliana Mbappé powszechnie uznano Real Madryt za głównego faworyta do zdobycia wszystkich trofeów. Wszak Królewscy w zeszłym sezonie, jeszcze bez francuskiego cracka, wygrali mistrzostwo Hiszpanii oraz swoją 15. Ligę Mistrzów. Już byli na szczycie, Kylian miał tylko sprawić, że będą wygrywać jeszcze łatwiej i jeszcze wyżej. Na papierze wszystko się zgadza, na boisku niestety nie. Nic nie funkcjonuje jak należy, a wartość kadry jest odwrotnie proporcjonalna do jakości gry Los Blancos. Madrytczycy w hiszpańskiej La Lidze już trzy razy zgubili punkty, wczoraj przegrali też swój pierwszy od ponad roku mecz w Lidze Mistrzów z francuskim Lille, które przecież nie zalicza się do mocarzy europejskiego futbolu. Czy więc w Madrycie należy bić na alarm? Jak najbardziej tak.
Mija drugi miesiąc obecnego sezonu, Real rozegrał 11 spotkań i już 4 razy stracił punkty. Przy tak mocnej kadrze to bardzo zła statystyka. Jednak bardziej niż wyniki razi sama gra drużyny – bezbarwna, nijaka, toporna, siermiężna, pozbawiona magii i radości. Panowie grają jakby za karę. Nie stosują pressingu, nie angażują sił, jakby nie chcieli spocić koszulki. Po odejściu Kroosa pomoc nie istnieje, nikt nie zarządza meczem, brakuje progresywnych podań, gra jest bezpieczna i nudna jak flaki z olejem. Z przodu mamy szybkich magików, ale ci bez dobrych podań niewiele mogą zrobić, a i sami nie grzeszą formą. Brahim się połamał, Vinícius jest cieniem samego siebie sprzed roku, Rodrygo w ogóle jest cieniem, bo trudno go zauważyć, a Mbappé ma dobre chęci, ale nic więcej, też szuka formy, jaką imponował w PSG. Innymi słowy – nic nie działa. Jeśli dodamy do tego brak odpowiedniej taktyki (to pięta Achillesowa Ancelottiego), ułożenia drużyny i wyćwiczenia schematów gry (jakie to ma znaczenie pokazuje w Barcelonie Hansi Flick, który koncertowo gra tą samą kadrą, z którą Xavi przegrywał mecz za meczem), to mamy obraz dzisiejszego Realu, w którym nic nie funkcjonuje jak powinno. Ancelotti jako szef, kapitan tego statku, ponosi dużą część winy. Ale nie całą, bo od tak znamienitych piłkarzy należy wymagać więcej kreatywności i odwagi, tego trener nie narzuci.
Ancelotti w swojej 30-letniej karierze trenerskiej nigdy nie obronił żadnego tytułu. Z Realem posiadającym najmocniejszy skład na świecie miał (i ciągle ma) szansę to zrobić. Jednak musi wyjść ze swojej strefy komfortu. Zamiast opowiadać dyrdymały na konferencjach musi zareagować, uderzyć pięścią w stół, wprowadzić rozwiązania innowacyjne, niewygodne, nowe, bo stare ewidentnie nie działają. Dokonać roszad kadrowych, dać szansę młodym, odsunąć piłkarzy bez formy, wymagać więcej zaangażowania i intensywności, bo tutaj Real kuleje najbardziej, zwłaszcza w pierwszych połowach. Coś musi się zmienić, bo na razie Carletto mówi, że wie, gdzie jest problem, ale go nie rozwiązuje. Czyli albo nie wie, albo stracił posłuch w szatni, co byłoby jeszcze gorsze. Czas pokaże, jak szybko Real upora się z problemami. Bo nie mam wątpliwości, że to nastąpi. Ale czy z tym trenerem?
