X-MEN: DAYS OF FUTURE PASSED X-Men: Przeszłość, która nadejdzie

X-Men Day Future Passed Przeszłość która nadejdzie recenzjaX-MEN: DAYS OF FUTURE PASSED
X-Men: Przeszłość, która nadejdzie

2014, USA, Wielka Brytania
sci-fi, reż. Bryan Singer

Wybierając się do kina na typowy blockbuster, będący na dodatek kontynuacją znanej serii powstałej na bazie komiksów (których nie czytałem), oczekuję w miarę spójnej i logicznej historii oraz przede wszystkim wspaniałego widowiska. Z tego drugiego zadania kolejna odsłona słynnych X-Menów wywiązuje się aż nadto dobrze. Dopracowanie efektów wizualnych w kinie fantasy i science-fiction powoli staje się normą, niemniej nie wszystkie filmy robią to w spektakularny sposób. Tutaj się udało, chociaż nie same efekty stanowią o sile obrazu. Bryan Singer stworzył dzieło wzorcowe, idealnie łącząc apokaliptyczny klimat przyszłości z luzacką aurą lat 70., okraszając całość odpowiednią dawką humoru i rezygnując z nadmiernego patosu, jaki wylewał z poprzednich filmów. Osiągnął też rzecz najważniejszą – wykorzystując motyw podróży w czasie niejako zrestartował całą serię, która mocno chwiała się w posadach, zaś Ostatni bastion praktycznie zamknął możliwość tworzenia jej kolejnych odsłon (stąd potem kolejne Genezy samego Wolverine’a). Innymi słowy Singer (notabene twórca dwóch pierwszych części X-Men) wyprostował to, co zepsuł Brett Ratner tworząc Ostatni bastion.
Historia toczy się w dwóch płaszczyznach: w przyszłości, gdy wyniszczająca oba gatunki wojna między ludźmi i mutantami ma się ku końcowi, a ogromne Sentinele bezwzględnie niszczą resztki pozostałych przy życiu mutantów, oraz w przeszłości, do której wysłano Wolverine’a, by tej wojnie zapobiec. Nie chcę wchodzić w szczegóły, by nadmiernie nie wydłużać recenzji, mogę jedynie zapewnić, że reżyser wyszedł obronną ręką z bardzo ryzykownej sytuacji, jaką zawsze są w filmach wszelkie powroty do przeszłości. Jest w miarę spójnie i logicznie, można oczywiście na siłę szukać jakichś drobiazgów, które nie zostały należycie wyjaśnione (np. dlaczego główny bohater znów ma szpony z adamantium, skoro jest stracił w filmie Wolverine), ale zawsze można sobie to wyjaśnić poprzez truizm: zmieniając przeszłość wpływamy na przyszłość. Koniec kropka. Wolverine wracając do lat 70. stworzył alternatywną rzeczywistość, w której wiele wydarzeń nie miało miejsca (podobny zabieg był niedawno choćby w Men In Black III). Dlatego też żyją ci, co wcześniej umarli, wszystko jest możliwe, a co najważniejsze: można bez problemów tworzyć kolejne filmy i zarabiać kolejne wielkie pieniądze, a przecież głównie o to chodzi.
Przyznam, że nie do końca mnie przekonują takie twisty, ponieważ trudniej o prawdziwe emocje, gdy wiadomo, iż wszystko jest względne. Kiedyś, gdy ekranowy bohater ginął, to się go opłakiwało – dzisiaj go sklonują, wskrzeszą, albo odkręcą przeszłość. Takie czasy. Jednak te niuanse nie przeszkadzają w oglądaniu filmu Singera. Konwencję trzeba zaakceptować, a aktorom (James McAvoy w roli Xaviera, Michael Fassbender jako młody Magneto i znakomita Jennifer Lawrence w roli Mystique) należą się wielkie brawa. Z kolei Hugh Jackman to klasa sama w sobie – jego Wolverine znów jest taki, jak na początku serii. Przeszłość, która nadejdzie to fantastyczne kino rozrywkowe i zasługuje na najwyższą ocenę. Wahałem się, czy dać 4, czy 5 gwiazdek, ale skoro to najlepsza część opowieści o X-Menach, warto ją też odpowiednio uhonorować.
Udostępnij
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  

Post Author: Sławek

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Potwierdź, że nie jesteś automatem: