TWILIGHT SAGA: BREAKING DAWN PART 2 Saga Zmierzch: Przed świtem Część 2

Twilight Breaking Dawn 2 Zmierzch Przed świtem część 2TWILIGHT SAGA: BREAKING DAWN PART 2
Saga Zmierzch: Przed świtem Część 2
2012, USA
horror, romans, reż. Bill Condon

Świat w żałobie – saga uczłowieczająca krwiożercze bestie i gloryfikująca wampirze życie dobiegła końca. Na ekrany kin weszła właśnie jej ostatnia odsłona. Nie będę zachęcał czy zniechęcał do tego filmu, bo wiadomo, że wszyscy mają zdanie dawno wyrobione. Fani serii pójdą w ciemno (bo nie patrzą na marne aktorstwo, drętwe dialogi i brak akcji – ważne, że bohaterowie się kochają), przeciwnicy zaś ominą szerokim łukiem i będą krytykować dla zasady. Skupię się tylko na kilku aspektach. Pominę ten finansowy, który w dzisiejszych czasach jest oczywisty i najważniejszy – dlatego mamy dwie części filmu, w którym akcji ledwie starczyłoby na jedną, a i tak byłaby nudnawa. Podobny zabieg zrobiono wcześniej z Harrym Potterem. Po co zarobić raz, skoro można dwa?
   Pamiętam, że gdy Zmierzch wszedł na ekrany kin 4 lata temu, byłem bardzo rozczarowany. Pytanie brzmi, czy można było dobrze zekranizować znakomitą książkę Stephanie Meyer, której siłą są przemyślenia i refleksje głównej bohaterki, a tych przecież nie da się pokazać na ekranie. Ale sukces i tak był pewny. Historia miłości człowieka do wampira jest tak nierealna, że rozpala wyobraźnię, podobnie jak wcześniej przygody młodego czarodzieja czy małego Hobbita. Ludzie lubią takie błahe historyjki, a skoro są leniwi i nie chce im się czytać, trzeba wszystko sfilmować i im pokazać. Głębi w tym nie ma, ale kto by jej szukał w bajeczkach?
   Ostatnia odsłona opowieści to moim zdaniem najlepsza ze wszystkich części, choć oczywiście przesłodzona do granicy bólu, ale takie jest założenie tego filmu więc krytykowanie fabuły nie ma sensu. Owszem, to wielki popkulturowy kicz, ale przecież każdy o tym wie idąc do kina. Tak już jest na świecie, że masowy gust jest tani i prymitywny, schlebiając mu (a to jest niezbędne, by odnieść ogromny sukces komercyjny) trzeba tworzyć takie właśnie poprawne politycznie obrazy. Jeśli miłość – to dozgonna, jeśli seks – to delikatny z odjazdem kamery wtedy, gdy trzeba; jeśli brutalność to tylko poza ekranem, bo przecież wampiry są dobre. To tylko nieco inni, dużo lepsi ludzie. Dlaczego lepsi? Nie starzeją się, nie umierają, nie muszą spać, są szybsi, sprawniejsi i mądrzejsi – mają całą wieczność na naukę i pogłębianie wiedzy, itd. No żyć nie umierać po prostu. A ten jedyny drobiazg, że żywią się krwią ludzką i mordują bez opamiętania, zastapiono ich wspaniałą samokontrolą, dzięki której na ekranie nikt nie ginie. Co najwyżej jakieś zwierzę, ale broń Boże niewinna sarenka – jak już Bella ją sobie upatrzyła, to poczekała, aż rzuci się na nią zły, wstrętny, wielki kot, aby to jego ukarać. A czym się odżywiała cała zgromadzona naprędce armia wampirów, która niekoniecznie musiała mieć takie skrupuły jak Cullenowie? Tego nie pokazano. Nie wiadomo też, dlaczego Volturi, którzy bez sensownego powodu postanowili zgładzić Bellę i jej rodzinę, nie zrobili tego natychmiast, tylko dali przecwnikowi czas na zgromadzenie armii. Może nie wiedzieli, że do przemieszczania się można użyć samolotu? A dlaczego w finałowej walce wampiry mające niesamowite moce (kontrola umysłu, pozbawienie zmysłu wzroku, obezwładnianie na odległość poprzez jakąś szarą mgłę, itd), okładają się pięściami, tego już zupełnie nie kapuję. Jak widać, prymitywne metody są zawsze najlepsze. Skoro nawet Bond w swoim ostatnim wcieleniu Skyfall wyjechał do opustoszałej Szkocji, by tam z dubeltówką ganiać wszechpotężnego łobuza, to widocznie tak trzeba. Takich drobiazgów jest wiele, ale nie będę się czepiał bo, jak pisałem wcześniej, taka jest konwencja i tyle. Trzeba ją zaakceptować albo odpuścić seans.
   Dlaczego więc to najlepsza część? Tego do końca nie mogę napisać, żeby nie odbierać elementu zaskoczenia w finale. Jeśli się wybieracie do kina, nie czytajcie komentarzy i dyskusji, od których już wrze w internecie, bo przecież każdy ma coś do powiedzenia o tym filmie. Nie czytajcie, aby mieć tyle frajdy z samego zakończenia, ile miałem ja, i cała sala, która niekonwencjonalną wizję reżysera skwitowała głośnym „ooooo”! Powiem tylko, że Bill Condon w pewnym momencie znacząco odszedł od wersji zdarzeń znanych z książki, stąd to wielkie zaskoczenie. Zrobił to w genialny sposób. Za to duże brawa i co najmniej jedna gwiazdka więcej. Wprawdzie sam pisałem wcześniej o finałowej walce, więc już i tak uchyliłem rąbka tajemnicy – w książce do walki nie dochodzi, ale bez tego elementu film byłby całkowicie niestrawny. Zwłaszcza, że przez pierwszą godzinę kompletnie nic się nie dzieje (możemy podziwiać miny Kristen Stewart, maskę Roberta Pattinsona i klatę Taylora Lautnera – dla niektórych to w zupełności wystarcza). Jednak dla końcówki warto się przemęczyć. W sumie jednak dobrze, że już koniec. Chyba że pani Meyer dopisze ciąg dalszy…
Udostępnij
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  

Post Author: Sławek

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Potwierdź, że nie jesteś automatem: