Julen Lopetegui zwolniony z Realu Madryt

Julen Lopetegui zwolniony z Realu MadrytJulen Lopetegui po zaledwie czterech miesiącach pracy i rozegraniu 14 meczów został zwolniony z funkcji trenera Realu Madryt, na razie zastąpi go trener rezerw Santiago Solari. Porażka na Bernabéu z Levante, czwarta w piątym kolejnym spotkaniu, de facto przesądziła o przyszłości baskijskiego szkoleniowca. Wymęczona wygrana z Viktorią Pilzno nie miała znaczenia, Julen kupił sobie kilka dni, lecz wysoko przegrane El Clásico przelało czarę goryczy. Pod jego wodzą madrycka drużyna prezentowała się nadzwyczaj mizernie, zaliczając serię 8 godzin bez gola (i głównie z tego Hiszpan zostanie zapamiętany), a ogólny bilans spotkań był wyjątkowo wstydliwy: 6 zwycięstw, 2 remisy i aż 6 porażek. W lidze po 10 kolejkach Real z 14 punktami zajmuje 9. miejsce (za takimi potęgami jak Valladolid czy Getafe!), to najgorszy start w tym stuleciu. W królewskim klubie takie rzeczy nie pozostają bez reakcji i dymisja trenera była spodziewana. Można się tylko zastanowić, czy ten desperacki ruch rzeczywiście ma sens w sytuacji, gdy na rynku nie ma dostępnych dobrych szkoleniowców, a Lopetegui na pewno nie był jedynym winnym kryzysu Los Blancos. Stał się raczej kozłem ofiarnym sytuacji, do której doprowadził zarząd klubu swoimi zaniechaniami i sami piłkarze swoim podejściem. Krótko o tym przypomnę.

Zarząd
Znaczących transferów do klubu nie było od czasów Décimy – ostatnie wielkie nabytki Realu to Kroos oraz James kupiony 4 lata temu i potem niefrasobliwie oddany do Bayernu. Później skupowano głównie młodzież, która marnuje się na ławce lub trybunach, a klub opuścili piłkarze ważni, kreatywni i bramkostrzelni (Pepe, Alonso, Kovačić, Di María, Morata, James, Cristiano Ronaldo). Brutalnie można napisać, że prezes Florentino Pérez w dwa lata wykastrował najlepszą kadrę na świecie eliminując jej kluczowe ogniwa, a niekupienie następcy gwarantującego 50 bramek na sezon Ronaldo to już jawny sabotaż. Upojony sukcesami w Lidze Mistrzów zarząd zapomniał o upokarzającej 17-punktowej stracie do Barcelony (która zdobyła 7 mistrzostw Hiszpanii w 10 lat!) i postanowił jeszcze raz zaufać tej zardzewiałej kadrze, jeszcze do tego znacznie ją osłabiając. No i efekty widzimy.

Piłkarze
Oni są najbardziej winni, ale najtrudniej ich zmienić. To wielcy zawodnicy, którzy wiele wygrali w swoich karierach, i teraz zwyczajnie im się nie chce zasuwać. Mają ciepłe posadki z milionowymi gażami, grają zawsze i nie muszą się starać. Gdy jakiś trener zagoni ich do ciężkiej pracy, buntują się i ten szybko traci posadę, po nim przychodzi dobry wujek, który znów głaszcze ich po główkach. Brak im chęci, ambicji, nie są zdolni do jakiejkolwiek autorefleksji. Fatalnej postawy kluczowych graczy nie można tłumaczyć przemęczeniem po mundialu, bo inne kluby jednak umiały sobie z tym poradzić. Można popełnić błąd, zagrać gorzej i przegrać, ale brak pressingu, ruchu bez piłki, walki o pozycję, odpuszczanie jednej połowy to zwyczajne lenistwo. Ramos pcha się do przodu, Varane popełnia banalne błędy, Kroos walczy z Casemiro w wyścigu ślimaków, obsypany nagrodami Modrić zagubił się i w żadnym momencie nie jest decydujący, Isco kręci kółka i jest magiczny tylko w hiszpańskich gazetach, Lucas został chyba podmieniony bo zatracił wszystkie atuty, jakimi imponował u Zizou, napastnik Benzema unika pola karnego i 6 meczów nie umie oddać celnego strzału, Bale nie był, nie jest i nie będzie żadnym liderem, zbyt często znika i nie bierze na siebie żadnej odpowiedzialności, a Asensio przestał się rozwijać i jest nieregularny. Jak z takimi piłkarzami gromić rywali? Oczywiście wszyscy pewnie odnajdą formę na wiosnę, jak co roku, ale wtedy już nie będzie o co walczyć. Na razie ich podejście i postawa przynoszą wstyd herbowi na koszulce.

Trener
Jakie były główne grzechy Julena Lopeteguiego?
– zamiast żądać konkretnych transferów (zwłaszcza po odejściu Cristiano Ronaldo) chwalił kadrę jako kompletną i najlepszą, ale potem nie umiał pokazać najlepszej wersji tych spełnionych i nasyconych sukcesami piłkarzy,
– zamiast wprowadzać nowych, pełnych zapału zawodników uparcie lansował wypalone gwiazdy, które formę zostawiły na rosyjskim mundialu i nie prezentowały ani świeżości, ani wielkich chęci do walki przez 90 minut,
– zamiast dobrać taktykę do stanu posiadania, zrobił odwrotnie i przegrał. Bezproduktywna tiki-taka nigdy nie była siłą Realu i widać wyraźnie, że zawodnicy jej nie czują. Samo klepanie dziesiątek podań w środku pola nic nie daje, jeśli nie umiesz na końcu przyspieszyć i zaskoczyć rywala dynamicznymi wejściami w pole karne i grą na jeden kontakt. Tymczasem Real nie ma ani skrzydłowych (którzy by te wejścia robili), ani napastnika (który by je wykańczał). W tej sytuacji trzeba grać inaczej, a przynajmniej próbować innych rozwiązań, skoro te stare nie dają wyników. Tego Lopetegui nie robił, a jego Real usypiał nudną grą w tempie kuracjuszy z Ciechocinka. Po każdym nieudanym meczu wygłaszał oderwane od rzeczywistości usprawiedliwienia i każdy kolejny zaczynał tą samą kadrą i tym samym pomysłem.

Wydaje się, że tak naprawdę głównym błędem Julena było podjęcie się karkołomnego zadania prowadzenia Realu w tym sezonie. Usiadł na beczce prochu, zaczął w nerwowej, ciężkiej atmosferze i cały czas próbował robić dobrą minę do złej gry. Jego słabością były błędne decyzje dotyczące kadry i taktyki oraz nieumiejętność wyciągania wniosków i przełamania kryzysu. Owszem, to Pérez zawalił sprawę latem, ale Lopetegui wyraźnie nie odnalazł się w Realu. Drużyna, która miała najbardziej konkretny atak na świecie, polegający na szybkim wbiciu gola po przejęciu piłki, teraz klepie w nieskończoność dla samego klepania, gra w poprzek zamiast wzdłuż boiska. To pokłosie odejścia Ronaldo, który swoją grą wymuszał ciąg na bramkę, jednak głównym winowajcą jest Lopetegui, którego filozofia kompletnie nie pasuje do profilu zawodników Realu. Trener nie potrafił dotrzeć do piłkarzy, wyzwolić ambicji i chęci zrobienia czegoś wyjątkowego, zmotywować ich do wysiłku, który przecież powinien być czymś naturalnym. Szkoda, bo zostawił dla Realu reprezentację Hiszpanii, co – jak widać – nie opłaciło się. Za ten ruch, czy raczej jego okoliczności, zyskał na stracie sporą sympatię, lecz roztrwonił ją swoimi jednowymiarowymi decyzjami.

Ktoś powie, że Lopetegui miał pecha, skoro jego drużyna oddaje ponad 30 strzałów, zalicza słupek, poprzeczki, strzela dwa gole po minimalnych spalonych, i przegrywa 1-2 z przeciwnikiem, który raptem dwa razy trafił w bramkę. Tak, równie dobrze z Levante mogło być 5-2 dla Realu, ale właśnie takie drobiazgi decydują, czy jesteś wielki, czy odchodzisz w niesławie. Po 92’48 w Lizbonie wiadomo to najlepiej. Gdyby nie słynne trafienie Ramosa, nie byłoby Décimy, a może i kolejnych triumfów. Ten gol strzelony sekundy przed końcem meczu odmienił wszystko, uratował też posadę Ancelottiego (tylko na rok, ale zawsze). Lopetegui za dużo rzeczy zrobił źle, by mówić o pechu. Podejmował złe decyzje, piłkarze byli fatalnie przygotowani fizycznie i mentalnie, nie wychodzili na mecze skoncentrowani, nie walczyli do upadłego, zbyt dużo odpuszczali (nawet w Barcelonie nie było ich w pierwszej połowie), a trener to dziadostwo akceptował i usprawiedliwiał. Co więcej, nie poprawiał niczego w kolejnych spotkaniach, powielał te same błędy, czyli nie panował nad niczym. Zadanie prowadzenia trudnej madryckiej szatni ewidentnie go przerosło, nie był tam autorytetem. Nawet jeśli ekipie zabrakło wzmocnień, do tego doszły kontuzje i brak formy u kilku graczy, nie usprawiedliwia to porażek z CSKA, Alavés czy Levante, bo z taką kadrą Real ma obowiązek wygrywać podobne mecze i prezentować pełne zaangażowanie godne herbu na piersi. Klub z taką marką, setkami milionów fanów na całym świecie, nie może sobie pozwolić na to, żeby dwa lata z rzędu przegrywać sezon w pierwszych trzech miesiącach, a właśnie to się dzieje. Zarząd wprawdzie najpierw powinien zwolnić sam siebie za naiwność, złe przygotowanie sezonu i brak transferów, ale łatwiej zwalić wszystko na trenera. I to on musiał zapłacić. Wiedział, na co się pisze. A może jednak nie wiedział…

Napisałem dość długi artykuł, bo zwyczajnie po ludzku jest mi szkoda Lopeteguiego. Owszem, sam też nie jest bez winy, ale trudno się oprzeć wrażeniu, że stał się kozłem ofiarnym fatalnego stylu zarządzania kadrą w ostatnich latach. Ciekawe tylko, co dalej z Realem Madryt, bo o dobro klubu tutaj chodzi. To nie tylko problem braku napastnika i skrzydłowego, tu jest wielu wiekowych piłkarzy i trzeba sporej rewolucji, by nie popaść w marazm i nie skończyć jak Milan czy Manchester United. Przykre, że największy od lat kryzys dopadł madrytczyków akurat wtedy, gdy Barcelona odpuszcza ligę i seryjnie traci punkty, Real nawet tego nie umie wykorzystać i znów zajmuje swoją ulubioną pozycję, czyli tę za plecami wielkiego rywala. Tym razem – bardzo daleko za jego plecami. Przy takim podejściu zarządu trzeba się przyzwyczaić do mistrzostwa raz na pięć lat, jak ostatnio. Oby nie rzadziej…

Udostępnij
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  

Post Author: Sławek

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Potwierdź, że nie jesteś automatem: