Filozofia cierpienia

Zinedine Zidane Real Madryt cierpienieReal Madryt po raz trzeci z rzędu (a czwarty w ostatnich 5 latach) dostał się do finału Ligi Mistrzów, najbardziej prestiżowych klubowych rozgrywek piłkarskich, gdzie zmierzy się z Liverpoolem. To wynik bez precedensu i zaskoczenie tym większe, gdy spojrzymy na formę ekipy Zidane’a prezentowaną w rozgrywkach krajowych. Poddanie ligi już w połowie sezonu, 15 punktów straty do Barcelony (wynik punktowy najgorszy od dekady), odpadnięcie z Pucharu Króla z przeciętnym Leganés, najgorsze w tym stuleciu wyniki na własnym stadionie (na tę chwilę 15 zwycięstw, aż 8 remisów i 5 porażek, w tym upokorzenie w Klasyku) – to wszystko osiągnięcia niegodne królewskiego klubu, aktualnego mistrza Europy i świata. Niegodna jest też sama gra – bezpłciowa, nijaka, nudna, wolna i schematyczna. Bardzo dobre mecze Realu można policzyć na palcach jednej ręki, a forma i zaangażowanie niektórych piłkarzy pozostawiają wiele do życzenia. A jednak przy tylu mankamentach Królewscy znów staną przed szansą wygrania najważniejszych rozgrywek. Niepojęte! Co gorsza, jeśli zwyciężą, znów skutecznie przypudrują wspomniane słabości, znów Zidane nie dokona niezbędnych zmian, znów będzie plótł o kompletnej kadrze i nie odświeży jej, nie nada jej dynamizmu, dalej będzie stawiał na kopiącego się po czole Benzemę (który zdobył z Bayernem dwie bramki, i chwała mu za to, ale kompromitował się przez resztę sezonu) i innych przestarzałych i rozleniwionych pupilków, a młodzi i przyszłościowi piłkarze pouciekają z klubu w poszukiwaniu gry, a nie oglądania meczów z ławki lub trybun.

Nie jest łatwo jednoznacznie ocenić francuskiego trenera. W styczniu go wyrzucano, dzisiaj znów jest kochany, chociaż Real wciąż nic nie wygrał i ciągle jeszcze może zakończyć sezon z pustymi rękami. Zidane przez półtora roku zdobył więcej pucharów niż miał prawo zdobyć, ale w tym sezonie popełnił wszystkie możliwe błędy, zaczynając od fatalnych transferów i złych decyzji kadrowych. A jednak może wygrać Ligę Mistrzów, a za sam awans do finału wybroni się i raczej zostanie na stanowisku. Czy to dobrze? Zależy. Zidane radzi sobie w tej grupie gwiazd, stworzył tam prawdziwą rodzinę, ale właśnie to jest hamulcem rozwoju tej drużyny. Tu potrzeba świeżej krwi, zmiany pokoleniowej, a Zizou nikogo Zinedine Zidane Real Madryt cierpienienowego nie chce przyjąć, jest bardzo uparty w swoich wyborach, przez to stracił początek sezonu i szanse na krajowe trofea. Przyznam, że mam dosyć słuchania jego filozofii cierpienia, odwracania kota ogonem i nazywania złych rzeczy dobrymi (dotyczy to samej gry, jak i oceny piłkarzy). Najlepszy klub świata nie musi cierpieć. Trener ma sprawić, że cierpieć będzie rywal, i to powinien wpoić swoim graczom. Owszem, liczą się wyniki, ale w Madrycie nie wolno stawiać tak niskich wymagań. Wyniki powinny być następstwem świetnej gry, a nie błędów sędziowskich i masy szczęścia. Tego Zidane nie zapewnia. W samym dwumeczu z Bayernem rywale stworzyli trzy razy więcej sytuacji niż bojaźliwy Real liczący tylko na kontry i błędy rywala. Ostatecznie madrytczycy byli bardziej skuteczni, ale naprawdę wstyd tak grać. Przez ponad dwa lata nie zrewolucjonizował gry Realu, nie nadał jej stylu. Przeciwnie, jego drużyna gra najnudniejszy futbol od dekady, do tego goni na oparach, ciągle trzeba kogoś oszczędzać, bo rozegranie dwóch meczów w tygodniu to wysiłek ponad stan. Inni jakoś obie z tym radzą. Zgodnie z filozofią trenera Real Zidane’a cierpi (i ma cierpieć, bo „taki jest futbol”), a na trybunach i przed telewizorami cierpią jego fani oglądający te męczarnie. Happy end jest miłą nagrodą za to cierpienie, ale on nie zawsze następuje, czasem rzeczywistość jest bardzo brutalna. Nie wypada, by tak utytułowana ekipa nie umiała podjąć walki na krajowym podwórku i traciła 15 punktów do Barcelony. To jest policzek w twarze madridistas. I nie bardzo wierzę, że Zidane zmieni swoje nastawienie, już wiele razy pokazał, jak jest uparty. Dlatego nie jestem fanem jego dalszej pracy w Madrycie (chociaż rozumiem, że jeśli wygra Champions League, to musi zostać). Ja po prostu nie chcę już cierpieć. Chcę dominować i rządzić. Chcę, by to przeciwnicy Realu cierpieli, zwłaszcza na Bernabéu – w świątyni futbolu, gdzie ostatnio niemal wszyscy przyjeżdżają jak po swoje. Chcę czerpać radość z gry mojej ukochanej drużyny, a nie drżeć o wynik z ligowymi średniakami. Do tego trzeba zmian kadrowych, zwłaszcza z przodu. Pozostanie Zidane’a to pozostanie Benzemy i kolejny rok cierpień z parodią napastnika. Ale może się mylę….

Udostępnij
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  

Post Author: Sławek

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Potwierdź, że nie jesteś automatem: