FAULT IN OUR STARS
Gwiazd naszych wina
2014, USA
dramat, reż. Josh Boone





Ekranizacja powieści Johna Greena to opowieść o miłości idealnej między dwojgiem nastolatków chorych na raka. Tylko tyle i aż tyle. Mniejsza o szczegóły scenariusza, bo po takim stwierdzeniu od razu nasuwają się podejrzenia o żerowanie na ludzkim współczuciu. Tym bardziej, że Josh Boone to niemalże debiutant – ma zaledwie 35 lat i tylko jeden film na koncie, całkiem udany Bez miłości ani słowa. Jednak nie ilość się liczy – młody reżyser z wprawą starego wygi przeprowadza nas przez historię Hazel i Gusa unikając schematyzmu i popadania w banał. Oczywiście bez względu na formę podania tematu, Gwiazd naszych wina to wciąż filmowy wyciskacz łez i ten gatunek trzeba lubić, by odnaleźć radość z seansu. Na ekranie nie dzieje się wiele, akcja idzie swoim tempem, a finał nie może być zaskoczeniem. Melodramaty o ludziach nieuleczalnie chorych nie mogą mieć happy endu, nawet jeśli bohaterowie na to zasługują, a widzowie bardzo tego pragną. Mimo iż nie przepadam za tego typu tematyką, przez 2 godziny irracjonalnie trzymałem kciuki za parę nastolatków, których naturalność kupuje widza od pierwszej minuty. Przypadkowe spotkanie tych dwojga w grupie wsparcia dla chorych na raka przeradza się w przyjaźń, a następnie prawdziwą, szczerą miłość. Świadomi swojego losu mają prawo być źli na świat, a jednak chcą się cieszyć każdą chwilą, jaka im pozostała. Robią to w sposób tak uroczy, że nie sposób ich nie polubić, zaś Ansel Elgort, a przede wszystkim Shailene Woodley grają życiowe role. To oni robią ten film. To ich fantazja, radość z życia i wszechobecna na ekranie chemia sprawiają, że tę prostą historię tak dobrze się ogląda. Trochę niepotrzebny wydaje mi się pseudointelektualny wątek powieści van Houtena, ale nie na tyle, by zepsuć radość z obserwowania związku Gusa i Hazel oraz ich optymistycznego podejścia do jakże trudnej sytuacji.
Na koniec dodam to, co zwykle pisze się przy tego typu filmach (chociaż niekoniecznie jest to niezbędne przy ocenie): reżyser stawia ważne pytania i skłania widza do głębokich refleksji. Bla bla bla. To prawda – stawia i skłania, ale to można napisać o wielu innych dziełach. Gwiazd naszych wina to po prostu dobrze napisany i znakomicie wyreżyserowany melodramat, który niesie ze sobą dużą dawkę optymizmu, potrafi głęboko wzruszyć, ale też momentami rozbawić widza. Innymi słowy: spełnia swoje zadanie i powinien zadowolić miłośników gatunku. Resztę niekoniecznie, ale ta „reszta” po przeczytaniu wstępu nawet nie zasiądzie przed ekranem. Ja zasiadłem i nie żałuję.
