MACHETE KILLS Maczeta zabija

Machete Kills Maczeta zabija recenzja Trejo Gibson GagaMACHETE KILLS
Maczeta zabija

2013, USA
akcja, reż. Robert Rodriguez

Nawet najlepsza potrawa serwowana w nadmiarze może prowadzic do niestrawności – to moja krótka refleksja po obejrzeniu nowego dzieła Roberta Rodrigueza, którego notabene cenię i naprawdę lubię. Wolę go nawet od Quentina Tarantino, chociaż trudno wybierać między nimi dwoma, obaj mają bardzo specyficzne podejście do tworzenia. Rodriguez serwuje świetną rozrywkę, a jej doskonałym przykładem jest Maczeta z 2010 roku. O ile jednak tam wszystko było jak należy i zachowano właściwe proporcje, o tyle kontynuację reżyser nakręcił zgodnie ze znaną zasadą: więcej, mocniej, szybciej. Tym razem mocno przedobrzył. I nie dam się przekonać, że tak ma być, bo kino grindhouse musi maksymalnie przeginać i nie mieć sensu. Otóż nie musi.
   Daruję sobie szczegółowy opis fabuły – jest bzdurna i sprowadza się do popisów Machete Corteza, który zatrudniony przez samego prezydenta musi powstrzymać narkotykowego bosa z Meksyku, szykującego się do nuklearnego ataku na USA, co okazuje się tylko przykrywką dla zupełnie innej, znacznie poważniejszej rozgrywki. Obsada filmu powala. Listę bohaterów sprzed 3 lat (Danny Trejo, Jessica Alba, Michelle Rodriguez) uzupełniją m.in. Mel Gibson, Charlie Sheen, Antonio Banderas, Cuba Gooding Jr. oraz ta piękniejsza część: Vanessa Hudgens, Sofia Vergara, Amber Heard i… Lady GaGa. Tak, tak, to nie pomyłka. Jej udział jest znaczący bo też Maczeta zabija to idealny film dla tej pani. Królowa kiczu i wszelkich przejaskrawień może tu być sobą, nie musi niczego udawać – dlatego jest autentyczna i dobra. Świetnie wypada ponętna Amber Heard oraz stary wyga Mel Gibson. Tylko że to nie ratuje filmu. Aktorzy są wielcy, reżyser też, a całość niemiłosiernie nudzi. To wina scenariusza, za który odpowiada nieznany bliżej Kyle Ward. No i jesteśmy w domu….
   W sumie i tak wszystko pójdzie na barki Rodrigueza. To jego film. On zaakceptował opowieść i uznał, że taka właśnie ma być. Nielogiczna, niekonsekwentna, niespójna, zupełnie inna niż 3 lata temu. Jeśli wtedy coś było absurdalne – tu jest absurdalne do n-tej potęgi (a będzie jeszcze gorzej, bo Maczeta powróci…. w kosmosie). Ktoś powie: taka konwencja. Nie zgodzę się. Zabawę konwencją mieliśmy w Grindhouse: Planet Terror, a jej rozwinięcie we wspomnianej Maczecie. Sequel nie trafia w konwencję, to raczej zaprzeczenie kina grindhouse niż jego rozwinięcie. Maczeta zabija to potrawa przygotowana ze wspaniałych składników, która się zwyczajnie kucharzowi nie udała, bo użył zbyt wielu przypraw. Rodriguez cytuje swoje wcześniejsze filmy (jakby nie miał nowych pomysłów), wali te same one-linery (jakby nie miał innych), i kompletnie zatracił wyczucie. Same skąpo odziane laski to trochę mało. Może po prostu to był pomysł na jeden raz? Szkoda, bo liczyłem na wiele więcej, ale w miarę oglądania moje zażenowanie coraz bardziej rosło i nawet zabawny Gibson nie zmienił sytuacji. Nadal lubię Rodrigueza i liczę na to, że zamiast zjadać własny ogon i kręcić same kontynuacje, wymyśli coś ciekawego i jeszcze nas pozytywnie zaskoczy. Z sequelem Maczety mu się nie udało.
Udostępnij
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  

Post Author: Sławek

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Potwierdź, że nie jesteś automatem: