RIVERSIDE Shrine Of The New Generation Slaves

Riverside Shrine New Generation Slaves recenzjaRIVERSIDE
Shrine Of The New Generation Slaves
2012

Pod koniec stycznia ukazał się długo oczekiwany, piąty album anglojęzycznej, ale rdzennie polskiej kapeli Riverside. Wprawdzie trzyipółletni czas, jaki minął od ostatniej płyty, muzycy umilili wydając EP-kę Memories In My Head z trzema długimi utworami, ale to tylko wzmogło apetyty fanów. Dodatkowo atmosferę podgrzewały zapowiedzi, iż nowa płyta będzie zupełnie inna od tego, co Riverside proponował ostatnio. „Rok 2012 przeznaczyliśmy głównie na pracę nad nowym albumem, zależało mi bardzo na tym, by udowodnić przede wszystkim sobie, że potrafimy jeszcze czymś zaskoczyć, a co najważniejsze stworzyć album, który byłby naszą najlepszą wizytówką zarówno pod względem muzycznym, jak i tekstowy. Tytuł płyty być może brzmi zawile, ale po utworzeniu z niego skrótu zdecydowanie wyjaśni, na co tym razem położyliśmy nacisk, jeśli chodzi o formę muzyczną”, mówił lider zespołu Mariusz Duda. Shrine Of The New Generation Slaves. SONGS. Piosenki. Czyżby więc Riverside miał odejść od artrockowej stylistyki i rozbudowanych, wielobarwnych kompozycji na rzecz łatwo przyswajalnego popu, z jakim kojarzy się słowo „piosenka”? Nic z tych rzeczy. Riverside to ciągle ten sam zespół, a piosenki na nowej płycie owszem są, ale za to jakie! Daj panie Boże wszystkim umiejętność tworzenia tak udanych i porywających kompozycji. Przyjrzyjmy się krótko tym najważniejszym.
   The Depth of Self-Delusion to długa, urokliwa ballada w stylu wczesnego Genesis z pięknymi smyczkami w tle. Zachwyca uduchowione, 8-minutowe nagranie Deprived (Irretrievably Lost Imagination) z moogowskimi wstawkami i urzekającą partią saksofonu (gościnny udział Marcina Odyńca), przywodzące na myśl dokonania Stevena Wilsona. Inna delikatna piosenka to pastelowa We Got Used To Us z wyważonym wokalem Mariusza Dudy i znakomitą gitarową solówką Piotra Grudzińskiego. Najbardziej znanym, promującym album na singlu utworem jest Celebrity Touch – ewidentny ukłon w stronę Deep Purple (typowy dla klimatu nagrań grupy Blackmoore’a orientalizujący riff plus hammondowe wstawki a la Jon Lord Michała Łapaja). Nie ma tu mowy o żadnym kopiowaniu, bo Riverside ma swój styl, ale inspiracje są oczywiste. I bardzo dobrze, bo jak czerpać, to od najlepszych. Podobnie jak w Escalator Shrine – cr?me de la cr?me nie tylko tego wydawnictwa, ale całej twórczości Riverside, prawdziwa demonstracja wirtuozerii i pomysłowości muzyków. To 13-minutowe, klasycznie zbudowane dzieło to kwintesencja współczesnego progresywnego rocka, w której dzieje się więcej niż na całej poprzedniej płycie grupy. Delikatny, akustyczny początek, dynamiczne rozwinięcie z solówką na organach Hammonda niczym wyjętą z Deep Purple In Rock, następnie ostre, sabbathowskie riffy wprowadzające do delikatnych partii gitarowych przywodzących na myśl Pink Floyd z okresu Shine On You Crazy Diamond. Pod koniec wyciszenie emocji w spokojnej lirycznej końcówce, po której następuje akustyczna Coda.
   SONGS to moim zdaniem najbardziej dojrzała i najciekawsza muzycznie płyta Riverside od debiutu sprzed dekady. Czerpiąca garściami z klasyki rocka, a jednocześnie nowoczesna, pełna wyrazistych melodii i bogatych aranżacji. Wbrew pozorom nie zmieniło się aż tak wiele. Widoczne odejście od metalu w kierunku klasycznego hard rocka, zastosowanie przesterowanego wokalu, rozszerzenie instrumentarium o saksofon i organy Hammonda (czy raczej wysunięcie klawiszy na pierwszy plan) to wszystko tylko drobiazgi, ale zebrane razem tworzą nową jakość. Zespół potwierdził światową klasę, a piosenkowa estetyka zdała egzamin dzięki udanym, ambitnym, wielowarstwowym kompozycjom (wystarczy porównać je z trzema 10-minutówkami z ostatniej EP-ki, które były piękne i klimatyczne, ale snuły się jak kompozycje Klausa Schulze). Lekko modyfikując brzmienie, ale nie rezygnując przy tym z własnej tożsamości, zespół zrobił krok w dobrym kierunku. Było to dość ryzykowne bo ludzie są konserwatystami, obawiają się zmian i najlepiej przyjmują tylko to, co dobrze znają. Dostało się Quidam za Saiko, dostanie się pewnie i Riverside. Nie szkodzi. Czas pokaże, że kierunek zmian był wlaściwy, zgodny z rodzajem uprawianej muzyki – w końcu rock progresywny ma polegać na rozwijaniu się, zaskakiwaniu słuchacza, szukaniu nowych rozwiązań brzmieniowych (łac. progressio = postępowanie naprzód).
   Nowy album warszawiaków polecam kupić w sklepie (a nie ściagać na jakiejś empetrójce) koniecznie w wersji dwupłytowej, wzbogaconej o dodatkowy krążek z dwuczęściową kompozycją Night Session, zawierającej grubą książeczkę z ilustracjami amerykańskiego grafika Travisa Smitha.
Udostępnij
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  

Post Author: Sławek

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Potwierdź, że nie jesteś automatem: