GREEN DAY Uno

Green Day Uno recenzjaGREEN DAY
¡Uno!
2012

altaltaltaltalt

Po wysłuchaniu Days Go By – ostatniego albumu Offspring, niegdyś punkrockowego, obecnie kompletnie nijakiego zespołu, z lekką obawą sięgnąłem po najnowszy krążek innych weteranów – Green Day, który właśnie się ukazał. Na szczęście już pierwsze dźwięki rozwiały wszelkie wątpliwości – to zupełnie inny kaliber. W muzyce 40-latków z Green Day nadal jest radość, entuzjazm i młodzieńcza werwa. I o to w sumie chodzi. Już sam fakt, że chłopaki obiecali fanom aż trzy albumy, swoistą trylogię, świadczy, że mają wiele pomysłów i chcą nadrobić stracony czas – przez ostatnie 10 lat wydali tylko dwie płyty: multiplatynową, znakomitą American Idiot w 2004 roku i nieco słabszą 21st Century Breakdown 5 lat później. Nie za wiele. W tym roku ma się jeszcze ukazać druga część trylogii ¡Dos!, a w styczniu 2013 – ¡Tré!. Niezłe tempo. Jeśli tylko ilość przejdzie w jakość, nie mam nic przeciwko. „Przeżywamy najbardziej twórczy i pozytywny okres w naszej karierze. Napisaliśmy nasze najlepsze piosenki, a wciąż pojawiają się kolejne. Zamiast tworzyć jedną płytę, zdecydowaliśmy się na trylogię. Każdy z numerów ma moc i energię, emocjonalnie reprezentujące każdy aspekt twórczości Green Day. Nic na to nie możemy poradzić. Będziemy epiccy jak jasna cholera” mówią muzycy Green Day. Producent Rob Cavallo dodaje: „Trzeba mieć jaja, żeby zrobić coś takiego”. I tego muzykom Green Day nie można odmówić. Mają jaja. Na nowym albumie nie odkrywają nowych ścieżek – idą drogą wytyczoną wcześniej, ale z nową siłą i energią. Niczym nie zaskakują, ale wszystkie utwory mają rockowy power, a jednocześnie są przebojowe, skrojone pod młodą publikę według jednego, prostego schematu. Momentami to trochę monotonne, bo też większość kompozycji nie porywa. Nie ma tu patosu i monumentalizmu American Idiot, próżno szukać pięknych melodii a la Boulevard Of Broken Dreams. To nie ten Green Day. Ale te piosenki znakomicie sprawdzą się na koncertach. Z każdej bije moc. I chyba tego właśnie oczekują młodzi fani Green Day. ¡Uno! nie jest płytą wybitną, nie powtórzy sukcesu American Idiot ani Dookie, ale jest płytą przyzwoitą, spójną, z odpowiednią porcją czadu i rytmu. Z punkiem to już nie ma wiele wspólnego, ale mniejsza o etykietki. A może właśnie punk rock AD 2012 tak powinien brzmieć? Polecam szczególnie otwierający płytę Nuclear Family, czadowy Stay The Night i jeszcze lepszy Troublemaker, dynamiczny Loss Of Control, i singlowe Let Yourself Go oraz Oh Love, w którym panowie przypominają stare, dobre czasy. Teraz z niecierpliwością czekam na kolejne odsłony tryptyku.
Udostępnij
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  

Post Author: Sławek

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Potwierdź, że nie jesteś automatem: