GREEN DAY Dos

Green Day Dos recenzjaGREEN DAY
¡Dos!
2012


Czy można wydać trzy dobre albumy w ciągu kilku miesięcy? Logika mówi, że nie. Niektórzy latami pracują nad jednym, a i tak efekt bywa żałosny. W przypadku Green Day trudno będzie jednoznacznie odpowiedzieć, bo po naprawdę niezłym albumie ¡Uno! ukazała się dopiero druga część trylogii pod oczywistym tytułem ¡Dos!. Kolejny album ¡Tré! już na początku nowego roku, ale na razie zajmijmy się drugim owocem eksplozji twórczej kalifornijskiego kwartetu. Ocena tej płyty zależeć będzie od tego, czego kto szuka w muzyce zespołu. Miłośnicy melodyjnych, pop-punkowych piosenek będą zadowoleni. Szukający więcej czadu i ostrego, rockowego grania mogą kręcić nosem. Ja zdecydowanie należę do tej drugiej grupy i dlatego mocniejsze ¡Uno! podobało mi się znacznie bardziej. Zważywszy na punkrockowe korzenie Green Day oczekuję od nich poweru, czadu, siły rażenia, a nie piosenek na młodzieżowe potańcówki. Czy mam coś przeciwko hitom? Absolutnie nie. Dobre rockowe numery stają się nimi automatycznie. Przeboje? Proszę bardzo, jeśli będą tak ostre jak American Idiot lub tak piękne jak Boulevard Of Broken Dreams. Ale takie hity jak Nightlife z najnowszej płyty to już niekoniecznie. Piosenka sama w sobie może i jest ładna, ale do cholery – to ma być Green Day? W rytmie reggae? Z rapowymi wstawkami zaproszonej Lady Cobry? Co to ma być? Mamy do tego tańczyć na dyskotece, czy co? Chyba właśnie tak, bo cała płyta ma zdecydowanie imprezowy charakter. Problem w tym, że większość kompozycji nie porywa. Przynajmniej mnie. Takie granie na trzy z minusem. Są jednak momenty godne uwagi. Świetny numer na samym początku (po krótkim wstępie) – Fuck Time (co za tytuł!) to rock’n’roll w starym, dobrym stylu z lat 60.: mocna perkusja, gęsty rytm i szalejące, brudne gitary. Dla mnie utwór numer jeden całego albumu. Nogi same chodzą przy Lazy Bones – znakomita melodia, typowa dla Green Day piosenka, prawdziwa perełka. Podobnie Ashley – utwór znacznie szybszy, ale mający w sobie moc i siłę rażenia. Czyli jednak można. Te numery (może jeszcze na siłę dołożę utrzymany w stylu rockabilly singlowy Stray Heart) wynagradzają średniactwo pozostałych. W poważniejsze tony uderza sama końcówka – ładna piosenka Amy napisana, jak łatwo się domyślić, w hołdzie dla Amy Winehouse, przestrzega przed zbyt imprezowym trybem życia. A kto jak kto, ale wokalista i gitarzysta zespołu Billie Joe Armstrong, coś o tym wie. Ma za sobą alkoholowy odwyk.
Green Day trzymają poziom. Wolę wprawdzie ostrzejsze ¡Uno!, ale przecież i tam były numery słabsze. Gdy poznamy album ¡Tré!, to zapewne z całej trylogii można będzie zestawić jeden krążek, który w takiej wersji byłby ich sztandarowym dziełem.
Udostępnij
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  

Post Author: Sławek

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Potwierdź, że nie jesteś automatem: