
„Spock’s Beard stać na znacznie więcej niż usłyszeliśmy na albumie numer 13. Jestem przekonany, że to „więcej” (więcej dobrych melodii, więcej przestrzeni, wyobraźni i zachwycających popisów poszczególnych muzyków) dostaniemy na następnym wydawnictwie.” Tak pisałem 8 lat temu po premierze niezbyt udanej płyty Noise Floor amerykańskiej grupy z Los Angeles. No i dostaliśmy więcej. Nie żeby było jakoś idealnie, ale nowy album Spock’s Beard zdecydowanie przebija poprzednika. Ponad 7 lat czekania też robi swoje – człowiek akceptuje cokolwiek, byle by było. Ale krążek The Archaeoptimist naprawdę może się podobać, chociaż wcale nie jest łatwy w odbiorze. Tym bardziej w opisie…
Spock’s Beard jest jedną z ikon rocka progresywnego rodem z USA, ale ponieważ tam niezbyt cenią takie granie, trudno znaleźć albumy grupy na listach sprzedaży czy utwory w rozgłośniach radiowych. W Polsce panowie też są mało znani i raczej to się nie zmieni, bo ta muzyka zdecydowanie trąci myszką i czerpie garściami z klasyki progresywnego lat 70. Jest pokręcona jak u Gentle Giant, melodyka jak u Kansas, harmonie wokalne przypominają grupę Yes, i tak można dalej wymieniać. To nic złego, warto się inspirować, a panowie są wirtuozami i grają bardzo zgrabnie (co po ponad 30 latach nie może dziwić). Bardziej jednak zachwycają te solowe popisy niż kompozycje same w sobie. Partie wokalne Teda Leonarda są niby OK, ale nie mogę się doczekać, aż swoje odśpiewa i wejdzie Alan Morse z gitarą i Ryo Okumoto z szalonymi klawiszami. To oni robią tu robotę.
Utworów jest sześć – jeden 21 minut, drugi 11, reszta po 7, 8, w sumie ponad godzina muzyki. Nie umiem wybrać tych lepszych czy gorszych, każdy ma coś w sobie. Ten najdłuższy, tytułowy, nieco się ciągnie, bo jednak 21 minut to sporo czasu i niełatwo utrzymać uwagę słuchacza. Lepiej wypada 11-minutowy Next Step, ale zdecydowanie polecam te krótsze, bardziej zwarte formy. Zwłaszcza otwierający całość Invisible z pięknymi wokalami a capella i zaskakująco dobrą melodią, oraz mój ulubiony utwór, pełen rytmicznych łamańców St. Jerome In The Wilderness, w którego drugiej części mamy istne szaleństwo muzyków z naciskiem na zapierające dech w piersiach klawisze. Taki mały majstersztyk.
Miło posluchać takiej muzyki. Nawet raz na kilka lat. Szlachetnej, klasycznej, czerpiącej inspirację w najlepszych twórczo czasach. The Archaeoptimist szału nie robi, ale to całkiem udana pozycja w 30-letniej dyskografii Spock’s Beard.
Moja ocena 3/5
