MANCHESTER CITY-REAL 4-3 Kapitalny mecz w Manchesterze

Manchester City-Real 4-3 Liga Mistrzów 2021/2022 półfinałZa nami dwa półfinałowe mecze Ligi Mistrzów, w których wystąpiły dwie angielskie i dwie hiszpańskie ekipy. A tyle się mówi o kryzysie La Ligi, że jest lata świetlne za Premier League, a tu okazało się, że Włosi, Francuzi czy Niemcy obeszli się smakiem, a cztery najlepsze drużyny w Europie pochodzą z Anglii i Hiszpanii. Oczywiście faworytem są kluby z Wielkiej Brytanii – Liverpool i Manchester City to dwa kolosy, grają najbardziej efektowny futbol na Kontynencie, ale nikogo nie można skreślać. Obecność Villarrealu, który wyeliminował Bayern, jest największą sensacją, ale przecież i Real Madryt dokonał w tym sezonie rzeczy niebywałych. Takim było wyeliminowanie najpierw napompowanego katarskimi pieniędzmi Paris Saint-Germain z Neymarem, Messim i Mbappé, a potem odesłanie obrońcy trofeum, londyńskiej Chelsea, opartej na pieniądzach rosyjskiego oligarchy. Teraz przed Los Blancos stanął kolejny finansowy gigant – sponsorowany przez Emiraty Arabskie Manchester City, trenowany przez Pepa Guardiolę, trenera ze ścisłego topu. I rzeczywiście Hiszpan wykonuje tam świetną robotę, jego piłkarze poruszają się jak maszyny, wiedzą jak się ustawiać, mają wpojone schematy, kapitalnie kontrolują grę, ich pressing jest imponujący. W zasadzie trudno znaleźć wady tej drużyny. Oczywiście łatwiej jest to robić, gdy nie liczysz się z pieniędzmi, możesz wydawać dowolne sumy i skupować kogo chcesz, ale nie umniejsza to wcale ogromu pracy, jaką wykonał Guardiola. Podobnie zresztą działa Jürgen Klopp w Liverpoolu, z tą tylko różnicą, że tam fundusze są ograniczone i wydawane bardziej rozsądnie. Tym większy szacunek, bo gra Liverpoolu jest równie spektakularna.

Teraz do rzeczy. Meczowi Liverpoolu z Villarrealem nie poświęcę wiele czasu, bo piszę tu głównie o Realu Madryt, zaznaczę tylko, że Villarreal bardzo dzielnie się bronił przez godzinę, by potem w dwie minuty stracić dwa gole. Bramek było więcej, ale ze spalonych, więc Hiszpanie mogą się cieszyć, że przegrali tylko 0-2, bo niemal nie wychodzili z własnej połowy. The Reds rządzili przez cały mecz, oddali ponad 20 strzałów przy tylko jednym Villarrealu. Natomiast mecz miesiąca (sezonu?) odbył się w Manchesterze, gdzie obejrzeliśmy bardzo bezpośredni futbol dwóch ofensywnych drużyn i aż 7 bramek. Prawdziwe partidazo dwóch wielkich drużyn. Spotkanie, w którym gospodarze wyraźnie dominowali, mogli (i powinni byli) strzelić 7 czy 8 bramek przy wyjątkowo słabo dysponowanej obronie Królewskich, ale pod bramką Courtois brakowało im dokładności lub zimnej krwi. Za to Real wykorzystał co miał i wraca do Madrytu z nadzieją, że losy rywalizacji da się odwrócić i odrobić jednobramkową stratę.

Zaczęło się bardzo szybko, bo już w pierwszej akcji gola strzelił De Bruyne, a 10 minut później było 2-0 dla Obywateli. Później znakomitą okazję miał Foden i wydawało się, że Real zostanie zmiażdżony przez niebieskie tornado. Madrytczycy nie mogli się odnaleźć, popełniali masę błędów, nie radzili sobie z pressingiem rywala, nie umieli wyjść z akcją. Z czasem jednak gra się wyrównała, a w 33 minucie Benzema zdobył bramkę kontaktową. Bramkę, jaką tylko on mógł strzelić i tylko w tym sezonie. Francuz jest niewiarygodny. Po przerwie drobna korekta w składzie, ale gra dalej wyglądała kiepsko. Zaraz po gwizdku Foden zmarnował drugą setkę trafiając w słupek w sytuacji sam na sam z bramkarzem. Zrehabilitował się kilka minut później trafiając po świetnym dograniu Fernandinho. Znowu City miało dwa gole przewagi i znowu Real odpowiedział – 50 metrów z piłką pognał Vinícius i sam wykończył świetną akcję. W 74 minucie kolejne gapiostwo obrony Los Blancos i Silva strzelił na 4-2, a Mahrez był o centymetry od kolejnej bramki dla Obywateli. Jednak Madryt znów się podniósł. Tym razem dopisało mu sporo szczęścia, bo piłkę ręką zagrał Laporte, a rzut karny efektownie wykończył Karim strzelając gola panenką. Bardzo mocny mental zawodnika, który kilka dni wcześniej w meczu ligowym zmarnował dwie jedenastki. Więcej bramek nie było, Real Madryt ostatecznie przegrał, ale tylko jednym golem po meczu, w którym przeciwnik był wyraźnie lepszy i mógł wygrać znacznie wyżej.

Nie będę szczegółowo analizował gry poszczególnych zawodników, bo nie ma potrzeby. Warto tylko zwrócić uwagę, że cała obrona zagrała fatalnie. Carvajal zawsze był spóźniony, także przy bramce, Alaba ograny jak junior przy golu numer 2, Militão popełniał masę błędów, gdzieś zatracił formę z jesieni i zaliczył swój chyba najgorszy występ w białej koszulce, jedynie Mendy jako tako dawał radę chociaż wrócił po kontuzji. Wobec braku Casemiro jako defensywny pomocnik zagrał Kroos, co było fatalnym wyborem Ancelottiego (jednym z wielu). Niemiec od dawna jest bez formy, a w erze pomocników box-to-box wygląda jak stary zakurzony muzealny eksponat, a nie gracz topowego klubu. To był mecz z kolejną drużyną , która obnażyła braki Realu, od zawodników po trenera, ale to był też kolejny mecz, w którym czuwał duch Juanito. Real po prostu ma to coś! Coś nieuchwytnego, niewytłumaczalnego, co sprawia, że nawet gdy jest już pogrzebany i leży w trumnie, to nagle zmartwychwstaje i dokonuje rzeczy niemożliwych. To coś to mental, ciągła wiara i świadomość, czym jest ten klub. W tym sezonie widzimy to nader często. Z PSG Real nie był lepszy, ale nagle zagrał magiczne 30 minut i tyle wystarczyło, by zniwelować przewagę paryżan przez pozostałe dwie godziny. Z Chelsea w rewanżu Real przegrywał 0-3 i już był wyeliminowany, gdy nagle odwrócił sytuację. Tak samo było w spotkaniu ligowym z Sevillą. Tylko z Barceloną się nie udało, ale to jedyny taki poważny wypadek przy pracy, zresztą bez konsekwencji. Czy tak samo będzie za tydzień z City, czy czeka nas kolejny magiczny wieczór? Trudno powiedzieć. Przy takiej kadrze półfinał Champions League to i tak sukces, ale w Madrycie zawsze chcą więcej. W Madrycie zawsze się idzie po wszystko. Widzę tylko jeden problem – nazywa się Carlo Ancelotti.

Jeśli Real awansuje do finału (tym bardziej, gdy go wygra) – Carlo będzie wielki. Spije śmietankę. Nawet ten półfinał plus mistrzostwo Hiszpanii powinny zapewnić Włochowi spokojną pracę w przyszłym sezonie. Trudno jednak wyzbyć się refleksji, że Carletto nie staje na wysokości zadania, jeśli chodzi o przygotowanie ważnych meczów. Stają piłkarze i to te wybitne indywidualności ratują Włochowi skórę, konkretnie Benzema i Vinícius. To oni wyciągają mecze, których Carlo nie przygotował taktycznie, w których się bardzo pomylił lub wręcz skompromitował. Mnie już nie chodzi o brak stylu ekipy czy granie wciąż tą samą jedenastką, olewanie zmienników i hamowanie ich rozwoju, bo przecież zawsze musi grać Kroos czy Casemiro, bez względu na formę. Mówię tylko o przygotowaniu spotkania, o pomyśle na mecz, o zaskoczeniu rywala, wykorzystaniu jego słabości, o wyrobieniu pewnych nawyków. Nie ma tego. Kompromitacja z Barceloną to wynik złego pomysłu trenera i braku odpowiedniej motywacji (bo to jednak Klasyk i nie wolno go odpuszczać, nawet jeśli sytuacja w tabeli na to pozwala). Mecz z PSG w Paryżu nieprzygotowany kompletnie, a minimalna przegrana to wynik nonszalancji gospodarzy (nietrafiony karny Messiego) i świetnej formy Courtois. Rewanż w Madrycie też zawalony, bo to PSG przeważało, sam Mbappé strzelił trzy gole, na szczęście dwa po minimalnych spalonych. A potem było te magiczne pół godziny, gdy Real z nawiązką odrobił straty, czego się nie da racjonalnie wytłumaczyć. Carlo się wybronił, ale rewanż z Chelsea znów zawalił. Wygrał w Londynie, Tuchel wyciągnął wnioski z tamtej porażki, inaczej ustawił drużynę i zjadł Ancelottiego w Madrycie. Przegrywając 0-3 ostatecznie Real strzelił gola, a w dogrywce drugiego i awansował, ale to też było źle zrobione przez Włocha. Nie można wygrać na wyjeździe i nic nie grać u siebie. Mecz w Manchesterze również obnażył indolencję Włocha. Pep przygotował swoich zawodników, miał konkretny pomysł na mecz i oni go realizowali. Znali słabe strony Realu, wchodzili w pole karne jak w masło. Owszem, nie trafili w kilku dogodnych sytuacjach, ale mimo wszystko strzelili cztery bramki. To bardzo dużo. Wygrali, i tylko geniusz Karima i Viniego pozwolił utrzymać szanse madrytczyków w tym dwumeczu. Ale samo spotkanie nie było przygotowane przez trenera. I obawiam się, że to w Madrycie też nie będzie. Carlo to trener starej daty i zwyczajnie nie nadąża. To miły, sympatyczny starszy pan, ale raz za razem nie odrabia pracy domowej. Leci na farcie i na nazwisku, bo kiedyś był dobry. Jest jak Kroos – on też był kiedyś dobry. Ale madridismo to ciągła wiara, więc może w środę znów się uda….

Udostępnij
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  

Post Author: Sławek

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Potwierdź, że nie jesteś automatem: