REAL-CHELSEA 2-3 Kolejny madrycki horror z happy endem

Real Madryt-Chelsea 2-3 Liga Mistrzów 2021/2022 ćwierćfinałTydzień temu Real Madryt pokonał Chelsea w Londynie 3-1 rozgrywając swój najlepszy mecz w sezonie i tym samym był jedną nogą w półfinale Ligi Mistrzów (po raz dziesiąty w ostatnich 12 sezonach). Ale jedna noga to nie to samo co dwie, a Los Blancos nie byliby sobą, gdyby potrafili regularnie rozgrywać dobre mecze i co chwila nie przyprawiali swych kibiców o zawał. Rewanż w Madrycie wydawał się formalnością, ale piłkarze, a jeszcze bardziej trener, całkowicie zlekceważyli rywala i możliwość odrobienia strat. Z kolei Tuchel wzorowo odrobił lekcję i jego drużyna przyjechała tu wygrać. Londyńczycy nacierali od pierwszej minuty, stwarzali masę sytuacji, a gospodarze głównie się przyglądali. Najpierw gola strzelił Mount, zaraz po przerwie trafił Rüdiger i po 50 minutach straty były zniwelowane. Chwilę później piękną bramkę strzelił Alonso, ale sędzia Marciniak słusznie jej nie uznał, gdyż wcześniej było zagranie ręką. Niewielkie, ale jednak. To było kolejne ostrzeżenie, jednak Królewscy dalej nie potrafili się pozbierać. Stać ich było na jedną akcję, po której Benzema obił poprzeczkę. Co się odwlecze… – na kwadrans przed końcem meczu dzieła zniszczenia dopełnił Werner strzelając na 3-0 i Real Madryt był na deskach. Był poza Ligą Mistrzów. Był rozbity psychicznie i całkowicie bezradny, a przed utratą kolejnej bramki po strzale Havertza wybronił drużynę niezawodny Courtois. I wtedy stał się cud. Podobny jak w meczu z PSG miesiąc wcześniej. Bezbarwnego Kroosa zmienił Camavinga i ożywił grę w środku pola (dlaczego ten chłopak tak mało gra wie chyba tylko trener Ancelotti), w 78 minucie równie nijakiego Casemiro zmienił Rodrygo i przy swoim pierwszym kontakcie z piłką strzelił gola po genialnym dograniu Modricia. Bernabéu eksplodowało, gospodarze uwierzyli w siebie, wykrzesali dodatkowe siły i w dogrywce zadali decydujący cios – Camavinga uruchomił Viníciusa, ten dograł do Benzemy, a król Madrytu trafił na 2-3. Potem były kontuzje i eksperymentalne zestawienie obrony, lecz Real wytrwał i utrzymał wynik. Mecz przegrał, ale ta porażka de facto była zwycięstwem, które wystarczyło do awansu. Madrycki kameleon znów przybierał różne barwy – niemal cały mecz grał źle, a na końcu fantastycznie. Był poza burtą i nagle odżył. Wiara i hart ducha tej ekipy są niewiarygodne. Szkoda, że to nie idzie w parze z pracą trenera, który zawalił kolejny ważny mecz. Nie ten skład, nie ta taktyka, nie ta intensywność. Facet niczego się nie uczy, nie wyciąga żadnych wniosków, funduje kibicom kolejny wieczór, gdzie tylko indywidualne przebłyski wielkich graczy ratują wynik. Wczoraj znów się udało, ale to stąpanie po cienkim lodzie. A cytat z konferencji „im więcej cierpimy, tym jestem szczęśliwszy” zakrawa na kpinę, bo gdyby umiał przygotować mecz jak należy, to cierpiałby rywal. Niestety, Carlo mówi to na serio.

Real kolejny raz uciekł spod stryczka, ale ta sztuka nie udała się Bawarczykom. Bayern Monachium był murowanym faworytem do wygrania Ligi Mistrzów, podobnie jak strzelający na potęgę Lewandowski do zdobycia Złotej Piłki. Ale nie będzie ani nagrody dla Polaka, ani europejskiego triumfu ekipy Nagelsmanna – Bayern nie dał rady Villarrealowi, 7. drużynie hiszpańskiej La Ligi. Niewiarygodne, ale prawdziwe. Niemiecka maszynka do strzelania goli się zacięła – w Hiszpanii Bayern przegrał 0-1, w rewanżu długo prowadził 1-0, ale tuż przed końcem wyrównał Chukwueze i to podopieczni Unaia Emery’ego grają dalej. W pozostałych meczach niespodzianek nie było – Liverpool ograł Benfikę i zagra z Villarrealem, natomiast Real w półfinale trafia na Manchester City, który męczył się w Madrycie, ale ostatecznie zremisował z Atlético, i to wystarczyło, bo tydzień temu piłkarze Guardioli wygrali 1-0. Zapowiada się angielski finał, lecz Hiszpanie pokazali, że nigdy nie można ich skreślać. Real w tym roku ma patent na finansowych gigantów – odprawił już katarskich szejków, odprawił rosyjskiego oligarchę, czas na kolejny klub finansowany przez arabskie pieniądze. Tak czy inaczej dwie najlepsze ligi Starego Kontynentu mają po dwie drużyny w półfinałach, i to jest dobra wiadomość.

Udostępnij
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  

Post Author: Sławek

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Potwierdź, że nie jesteś automatem: