LEE ABRAHAM Colours

Lee Abraham Colours recenzjaColours
2017

Lee Abrahama szerzej przedstawiałem przy okazji recenzji jego poprzednich płyt The Seasons Turn, a zwłaszcza znakomitej Distant Days z 2014 roku. Były basista Galahad na solowych wydawnictwach prezentował się na tyle okazale, że ostatnio powrócił do macierzystej formacji i na jej najnowszej płycie Seas Of Change jest odpowiedzialny za główne partie gitarowe. Zanim jednak ten krążek ujrzał światło dzienne, pod koniec ubiegłego roku artysta wydał kolejną płytę pod własnym nazwiskiem. Colours to pozycja znacznie lżejsza niż dwie wcześniej wspomniane i przyznam, że ten kierunek rozwoju niezbyt mi odpowiada. Muzykę tego rodzaju określamy mianem radio friendly – proste, melodyjne piosenki stacje radiowe zawsze chętnie zagrają. To stylowy pop rock, pasuje też hasło AOR (skrót angielskiego terminu adult-oriented rock, czyli muzyki skierowanej do dorosłego słuchacza o wyrobionym guście, ignorującego modne trendy), co ja rozwijam jako rock dla dziadków – taki niby rock, jednak zbyt skomercjalizowany i „upopowiony” by intrygować, zarazem zbyt dobrze zagrany, by narzekać czy ignorować. Ni pies, ni wydra. Taka właśnie jest większość z 7 nagrań na Colours. Ładna i nijaka.

Ktoś spyta – co złego w prostych piosenkach? Nic. Ale od pewnych artystów oczekujemy czegoś innego. Lee Abraham w ostatnich latach pokazał, co potrafi, a potrafi znacznie więcej niż wykonywać tak błahe kawałki jak Always Yours czy tytułowy Colours. Nawet gdy są ładne i mają nośne refreny. Za mało tu artrockowego sznytu, za mało gitary mistrza, która często znika gdzieś w tle. Ciut lepiej wypada Broken Dreams o nieco pogmatwanej melodii, który śpiewa sam autor (do pozostałych jak zwykle zaprosił innych muzyków cenionych w świecie prog rocka) czy Warning Sign, jedyny utwór o stricte rockowym zacięciu z dobrą melodią i agresywną gitarą. W tej piosenkowej części albumu wyróżnia się 7-minutowa ballada Find Another Way – delikatna, zwiewna, oferująca też klimatyczne klawisze i solo gitarowe. To nadal nic wielkiego, ale… na tle reszty dobre i to. Gdy już traciłem nadzieję na choć jedno nagranie godne progresywnych odjazdów z poprzednich płyt, nadszedł finał. Ten zasługuje na osobny akapit.

Kompozycja The Mirror Falls ma wszystko to, czego zabrakło pozostałym piosenkom: niebanalną melodię, intrygującą konstrukcję, rozbudowaną i różnorodną część instrumentalną oraz symfoniczny rozmach. Zaczyna się od delikatnego fortepianu, potem dołącza sekcja budując główny motyw melodyczny, a wokal Gary’ego Chandlera z grupy Jadis pojawia się dopiero po 4 minutach. W środkowej partii zaskakują ciężkie riffy, a szaleńczą grę Abrahama wieńczy wyciszenie na fortepianie. Ale to nie koniec, chociaż na liczniku już 10 minut. Po kilku sekundach ciszy muzyka powraca, a finałowa solówka gitarowa to najwspanialsze zakończenie, jakie słyszałem w wykonaniu tego artysty. Cztery minuty gitarowego nieba! Warto było wytrwać do końca. To tylko jeden taki utwór, ale nadaje szlachetności całemu wydawnictwu, to dzięki niemu płyta Colours nie jest bezbarwna. Piosenki były miłe, ale nie przykuwały uwagi na dłużej, natomiast ostatnie nagranie pozostanie na zawsze. I przynajmniej o jedną gwiazdkę podbija ocenę całości.

Udostępnij
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  

Post Author: Sławek

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Potwierdź, że nie jesteś automatem: