JORN Symphonic

Jorn Symphonic recenzja LandeJORN
Symphonic
2013

Jørn Lande to znany norweski wokalista rockowy, który poza aktywnością w wielu różnych formacjach, sprzedał ponad 2 miliony własnych płyt nagranych pod nazwą Jorn. Jego piosenki nie odkrywają nowych brzmień i nie wytyczają nowych dróg – przeciwnie, podążają tą nakreśloną we wczesnych latach 70-tych przez brytyjski Deep Purple. Zwłaszcza na pierwszych krążkach fascynacje zespołem Blackmore’a są oczywiste, nie tylko w warstwie muzycznej, ale również w typowo gillanowskim stylu śpiewania. Grupa zresztą chętnie sięga po covery i w jej repertuarze znajdziemy właśnie klasyki Deep Purple Burn, Stormbringer czy Perfect Strangers, a także Whitesnake, Thin Lizzy czy Rainbow. Po śmierci Dio Jorn poświęcił legendarnemu wokaliście cały album. Tyle historii.
Nowe wydawnictwo zespołu nie bez kozery jest zatytułowane Symphonic. Wzorem wielu innych kapel rockowych Jorn postanowił przypomnieć swoje starsze utwory w nowych, symfonicznych aranżacjach. Wszystko byłoby fajnie, gdyby nie delikatne oszustwo, bo w końcu tytuł zobowiązuje i należało oczekiwać czegoś w rodzaju koncertu z udziałem orkiestry, gdy tymczasem zespół nie nagrał na nowo swoich piosenek, a jedynie zmienił ich aranżację. Tu i ówdzie dodał smyczki, w większości dołożył symfoniczny początek lub przytłoczone brzmieniem gitar tło. Taki delikatny lifting wyszedł albumowi na zdrowie – brak tu klasycznego patosu i zadęcia, złożona z wron orkiestra (patrz okładka) nie zdominowała brzmienia kapeli, a bogate aranże dodały nowego ducha i uwspółcześniły brzmienie starszych nagrań. Miłośnicy operowych klimatów poczują się zawiedzeni, ja jednak wolę takie drobne ingerencje, nie psujące rockowego ducha, zaś orkiestrę symfoniczną toleruję raczej w filharmonii.
Problem z tym albumem leży gdzie indziej. Chociaż płyty się całkiem dobrze słucha, to zestaw utworów może budzić spore wątpliwości. Wydanie Symphonic było doskonałą okazją, by przypomnieć starsze nagrania, stworzyć swoistą bestówkę grupy, tymczasem połowę płyty wypełniają kompozycje z poprzedniego studyjnego krążka Bring Heavy Rock To The Land, więc trudno się pozbyć wrażenia deja vu. Ponieważ jednak ubiegłoroczny krążek był naprawdę dobry, więc i Symphonic nie nuży, bo zamieszczono tu same najlepsze utwory. Orkiestrowy podkład najlepiej wypada w balladach The World I SeeBlack Morning, choć akurat ja wolę dynamiczną wersję Jorn, jaką prezentuje choćby w trzech coverach: The Mob Rules Black Sabbath, Rock And Roll Children Dio (to niepublikowane wcześniej nagranie) i przede wszystkim znakomitej wersji Time To Be King z repertuaru Masterplan. Jednak największe wrażenie robią autorskie kompozycje pana Lande: Like Stone In Water, War Of The World i przede wszystkim A Thousand Cuts. Jest ciężko, sabbathowo i na poziomie. Nawet więc jeśli mogło być lepiej pod względem repertuaru, to i tak jest naprawdę dobrze. Jeśli ktoś nie zetknął się dotychczas z twórczością Norwegów, ma ku temu znakomitą okazję. Jestem przekonany, że prawdziwy rockman po wysłuchaniu Symphonic chętnie sięgnie po starsze albumy kapeli, z Lonely Are The BraveSpirit Black na czele.
Udostępnij
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  

Post Author: Sławek

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Potwierdź, że nie jesteś automatem: