
Real Madryt pokonał w Londynie Chelsea i awansował do półfinału Ligi Mistrzów 2022/2023. Właściwie to nic nowego, można powiedzieć norma, bo w ostatnich 13 latach to 11. taki awans Królewskich do czwórki najlepszych klubów w Europie, ale sam fakt za każdym razem cieszy tak samo. Zwłaszcza w tym sezonie, gdy – niczym rok temu, na drodze stają czołowe kluby najlepszej ligi świata. Wprawdzie wyeliminowany wcześniej Liverpool, ani teraz Chelsea nie radzą sobie zbyt dobrze w Premier League, jednak to bez wątpienia topowe drużyny, budowane za wielkie pieniądze i pełne bardzo dobrych piłkarzy. Zwłaszcza londyńczycy, których niedawno przejął nowy właściciel i rozbił bank, kupując wszystkich topowych graczy dostępnych na rynku. W przeciągu roku wydał ponad 600 milionów funtów (!) i co mu to dało? Na razie kompletnie nic. Pieniądze poszły w błoto, bo Chelsea przegrywa mecz za meczem i już dwa razy w jednym sezonie wymieniała trenerów i nie zagra w Champions League.
Scenariusz dwumeczu The Blues z Realem był nieco inny od tego sprzed roku. Wtedy Real wygrał 3-1 w Londynie, a w rewanżu zbyt wyluzowany przegrywał już 0-3 z ekipą dowodzoną przez Thomasa Tuchela. Wtedy gola strzelił Rodrygo, a w dogrywce sprawę załatwił Benzema. Ale nie było łatwo. Tym razem pierwszy mecz był na Bernabéu, Real wygrał 2-0, a mógł i powinien wyżej, bo goście pół godziny grali w osłabieniu. Bohaterem był Vinícius Júnior, który wypracował obie bramki oraz kilka innych dogodnych okazji. W rewanżu Chelsea ostro ruszyła do przodu, zepchnęła Real do obrony, ale właściwe zabezpieczenie tyłów to też ważna część futbolu. Los Blancos przez 45 minut cierpieli, a w drugiej połowie pokazali, co znaczy skuteczny atak. Dwa gole zdobył Rodrygo i było po zawodach. Bramek mogło być więcej, ale 4-0 w dwumeczu z Chelsea to i tak doskonały wynik. Madrytczykom należą się duże brawa, bo wynik konfrontacji ani przez moment nie był zagrożony. Szkoda, że piłkarze Ancelottiego odpuścili ligę hiszpańską i tylko w Champions League pokazują iście królewskie oblicze, ale dobre i to. Przyda się w półfinale, gdy rywalem – znów podobnie jak w 2022 roku, będzie Manchester City Pepa Guardioli (chyba że Bayern odrobi porażkę 0-3, w co chyba nikt nie wierzy). Już rok temu było z nimi bardzo ciężko, bo Anglicy górowali organizacją gry, pressingiem, różnorodnością ataku, ale szaleńczy zryw Realu w samej końcówce pozwolił wygrać rewanżowe starcie i awansować do wielkiego finału. Jednak teraz City wzmocnił brakujący element – napastnik, i to nie byle jaki, bo sam Erling Håland, nadczłowiek, piłkarz absolutnie genialny, który w Anglii bije wszelkie rekordy strzeleckie. Nie będzie łatwo go powstrzymać, tym bardziej, że z gry wypadł lider defensywy Éder Militão. Ale tym trzeba się martwić za miesiąc – teraz doceńmy fakt awansu do półfinału Ligi Mistrzów. Przypominam – po raz 11. w 13 sezonach, od momentu przyjścia José Mourinho, który po kilku latach kompletnej posuchy i klątwy 1/8, przywrócił Real na należne mu miejsce w Europie. I na tym miejscu Real cały czas trwa, chociaż inni mają więcej pieniędzy, większe wsparcie arbitrów i większą przychylność UEFA do finansowych machlojek.
