
Jak miło jest napisać to zdanie w tytule. Od sześciu spotkań Królewscy nie potrafili wygrać ligowego meczu z Atlético sąsiadem zza miedzy najczęściej remisowali, ale jesienią dostali mocne baty przegrywając 2-5. Nadszedł czas rewanżu. Już pod wodzą nowego trenera Álvaro Arbeloi, dla którego były to pierwsze derbi madrileño. Hiszpan swą przygodę zaczął słabo i gdy już zaczęto szukać następcy, Real nagle zaczął wygrywać i nawet przekonywać grą. Arbeloa dwa razy ograł José Mourinho, dwa razy Pepa Guardiolę, a teraz wygrał z Diego Simeone. Całkiem niezły hat-trick, prawda?
Los Blancos mimo optycznej przewagi do przerwy przegrywali 0-1 po golu Lookmana, nowego nabytku Los Colchoneros, ale po zmianie stron wzięli się do roboty. Wyrównał Vinícius z rzutu karnego (wreszcie nie pajacował tylko uderzył mocno i precyzyjnie), chwilę później na 2-1 trafił Fede Valverde (któżby inny) i gdy wszystko było pod kontrolą, strzał życia oddał Molina i znów był remis. W 72 minucie Vinícius indywidualną akcją i płaskim strzałem rozstrzygnął mecz. Była jeszcze czerwona kartka dla Fede, nie do końca zrozumiała, jednak nakręcony Real dobrze się bronił i utrzymał wynik. Co to zmienia? W tabeli niewiele, bo nadal Barcelona ma 4 punkty przewagi, ale Real przynajmniej pozostał w walce o mistrzostwo. W mentalności sporo, bo wreszcie Królewscy wygrali ligowy mecz z Atlético, co kiedyś, przed erą Simeone było wręcz normą. Real jest na fali i aż szkoda, że teraz przychodzi przerwa na reprezentacje. Należy trzymać kciuki, by panowie utrzymali formę i by wszyscy wrócili zdrowi do Madrytu.
