
W derbach Madrytu, pierwszych pod wodzą Xabiego Alonso, Real Madryt przegrał z Atlético 2-5. I w zasadzie to powinno wystarczyć za komentarz. Los Blancos, lider tabeli, wygrywający wszystkie mecze, chwalony za wielką metamorfozę pod batutą nowego trenera, dzisiaj na Metropolitano był tylko tłem dla gospodarzy, którzy byli lepsi w każdym aspekcie gry – bardziej im zależało, więcej biegali, walczyli, wygrywali pojedynki, a Królewscy byli ospali i niedokładni. Jeszcze do przerwy jakoś się trzymali, nawet w pewnym momencie prowadzili zamieniając na gole jedyne dwa celne strzały (Mbappé i Güler), ale Sørloth wyrównał, a po zmianie stron piłkarze Simeone na luzie dołożyli trzy trafienia, gdy tymczasem Los Blancos nie oddali nawet jednego strzału w światło bramki Oblaka. Nic. Zero.
Nie ma sensu więcej pisać. Przegrać można, ale nie w ten sposób. Madridistas muszą odczuwać wielki wstyd. Nie że przegraliśmy, tylko że byliśmy tak bezzębni i bezjajeczni. Jak w poprzednim sezonie za Ancelottiego. Pompowany przez miesiąc balonik pękł jak bańka mydlana. Oczywiście to początek sezonu, Mourinho też kiedyś dostał manitę na Camp Nou, a potem nauczył się lać Barcelonę, teraz może być podobnie, jeśli Xabi wyciągnie odpowiednie wnioski. To jego pierwsza ligowa wpadka, ale to też pierwszy mecz z poważnym rywalem. Bo nie sztuka ogrywać słabych. By wygrywać trofea, trzeba punktować z mocnymi. A to na razie nie wychodzi.
