Białe wartości…

Valentin Castellanos Girona Real Madryt

Real Madryt, ciągle aktualny mistrz Hiszpanii, również mistrz Europy i mistrz świata, przegrał swój ostatni mecz ligowy z Gironą 2-4. Wszystkie gole strzelił Królewskim jeden zawodnik, Valentín Castellanos, tym samym przechodząc do historii – Argentyńczyk znalazł się na krótkiej liście 9 zawodników, którzy w jednym meczu potrafili strzelić Realowi 4 gole (w ostatnich 50 latach byli tacy tylko dwaj – Diego Milito z Realu Saragossa w 2006 roku i Robert Lewandowski z Borussii Dortmund w 2013). To wydarzenie warto odnotować, ale mnie bardziej interesuje sama postawa Los Blancos i wartości, jakie wyznaje ten klub. Gdzie to się wszystko podziało?

„Koszulka Realu Madryt jest biała. Można ją splamić błotem, potem, a nawet krwią, ale nigdy hańbą.” To słynne słowa prezesa Santiago Bernabéu, które kilkadziesiąt lat po jego śmierci wciąż są aktualne. A przynajmniej powinny być. Jednak w tym sezonie już nie pierwszy raz widzimy, że to pic na wodę. Że obecna kadra pod wodzą Carlo Ancelottiego ma w nosie wartości i szczytne hasła. Że wybiera sobie mecze, w których się stara, a pozostałe odpuszcza. Odpuściła walkę w meczu o Superpuchar z Barceloną, a zmagania ligowe zamknęła w połowie marca, bo już od wtedy nie ma szans na obronę mistrzostwa. Wygodne, prawda? Bierzesz w pracy grube miliony i nie stać cię nawet na odrobinę wysiłku dwa razy w tygodniu. Nie pomaga też trener Carlo Ancelotti, który ewidentnie nie umie motywować piłkarzy do regularnego wysiłku, stąd też ligę krajową wygrał zaledwie 5 razy w czasie 25 lat trenowania samych wielkich klubów. Wynik słabiuteńki. Ale nawet bez dodatkowej motywacji piłkarze powinni wiedzieć, jaki klub reprezentują i do czego to ich zobowiązuje. Abstrahując od tego, że to ich praca i to hojnie opłacana. Powinni wiedzieć, że biała koszulka zobowiązuje do walki nawet wtedy, gdy nie ma szans na tytuł. Że wprawdzie teraz mecze ligowe są sparingami, ale nie można ich odpuszczać. Nie wolno tracić wiary, bo rywal strzelił gola czy dwa. Trzeba mu wtedy wpakować 5 – jak Liverpoolowi na Anfield. Ta drużyna to potrafi, gdy tylko zechce się wysilić. A co gdy nie zechce? Wtedy jesteśmy świadkami takiej żenady jak we wtorkowy wieczór, gdy madrycka once de gala dała się sponiewierać ligowemu beniaminkowi.

Nie chodzi o samą przegraną, ale o jej styl. Real do przerwy naciskał, tworzył zagrożenie, ale dwie kontry gospodarzy dały im gole. W odpowiedzi trafił Vinícius (jedyny, do którego nie sposób mieć pretensji), ale zaraz po przerwie Castellanos skompletował hat-trick i od tego momentu Real przestał grać. Zero ładu i składu, żadnego pomysłu na mecz, beznadziejna gra weteranów Kroosa i Modricia, którzy przecież „walczą” o nowe kontrakty. Tak, dać im jak najszybciej, a środek pola dalej będzie drętwy i niekreatywny. Real stanął. Przestał wierzyć. Przestał chcieć. Konsekwencją był gol numer 4 i może byłyby kolejne, gdyby trener nie zdjął Argentyńczyka z boiska.

Madridistas boli nie tylko sam wynik, ale niegodna królewskiej bieli postawa na boisku, również po meczu, gdy żaden z piłkarzy nie miał odwagi udzielić wywiadu na murawie. Gdzie są jaja tych facetów? Zgubili je? Nie wiem, czy zdążą je odnaleźć przed meczem z Manchesterem City, który właśnie rozjechał Arsenal i pewnie zmierza po mistrzostwo Anglii. Zobaczymy. Na razie trudno o dobre odczucia, gdy panowie tak podchodzą do swoich obowiązków i lekceważą wartości Realu Madryt. We wtorek nie splamili białej koszulki krwią, błotem, ani nawet potem. Zhańbili ją. Znowu.

Udostępnij

Post Author: Sławek

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Potwierdź, że nie jesteś automatem: