Od żenady do remontady – Real gra dalej

Villarreal - Real Madryt 2-3 Puchar Króla 2023Opisuję tu tylko najważniejsze i wyjątkowe mecze Realu Madryt, lub te ze znanymi rywalami, które z samej natury są ważne. To, co w czwartek oglądaliśmy na Estadio de la Cerámica, zasługuje na szczególne wyróżnienie. To był cały Real Madryt w pigułce. Doktor Jekyll i pan Hyde. Nie przypominam sobie w ostatnich latach meczu bardziej reprezentatywnego dla królewskiego klubu, niż starcie z Villarrealem w 1/8 finału Pucharu Króla. Z drużyną, która kilkanaście dni wcześniej wygrała z Realem obnażając wszystkie jego braki i rozpoczynając kryzys, którego apogeum był przegrany w kieskim stylu finał z Barceloną w Rijadzie. Na stadionie, gdzie madrytczycy od 5 lat nie potrafią wygrać, a ostatnie zwycięstwo odnieśli w 2017 roku (do przerwy przegrywali 0-2, i wtedy gole Bale’a, Cristiano i Moraty tuż przed końcem pozwoliły na efektowną remontadę). Identyczny scenariusz mieliśmy wczoraj. Z tą różnicą, że wtedy Madryt nie był aż tak zdominowany, jak tutaj przez pierwsze 45 minut.

Bo niedzielnym blamażu wszyscy oczekiwali stanowczej reakcji trenera i odstawienia od składu przynajmniej kilku sabotażystów, którym nie chciało się biegać i walczyć. Ale Ancelotti to człowiek uparty i jednowymiarowy. Żadnych zmian nie zrobił (poza zostawieniem w domu Modricia) i posłał do boju wszystkich tych, którzy dopiero co zhańbili białą koszulkę. I efekt był łatwy do przewidzenia – gospodarze już w pierwszej akcji wyszli na prowadzenie, potem dołożyli drugie trafienie, a mieli jeszcze kilka dobrych okazji na kolejne gole, których nie zdobyli tylko przez własną nonszalancję lub błędne decyzje w końcowej fazie ataku. Byli szybcy, dokładni i poukładani, a każda ich akcja pachniała golem. Dokładnie odwrotnie niż ślamazarny Real, którego akcje pachniały… niczym. Królewscy oddali dwa niegroźne strzały, poruszali się jak dzieci we mgle, wyglądali nie lepiej niż z Barceloną. To, co prezentowali, trudno nawet nazwać futbolem. To był kolejny festiwal żenady i obciachu.

W przerwie Carlo musiał powiedzieć piłkarzom, co myśli o ich występie, bo od początku drugiej połowy prezentowali się nieco lepiej, ale grać zaczęli dopiero po zmianach, które rozruszały niemrawy zespół. Ancelotti zareagował w 56 minucie (jak na niego to bardzo wcześnie) – bezbarwnego Rodrygo zastąpił Asensio, a za żółwiowatego Kroosa wszedł kiszony wiecznie na ławce Ceballos. Już w pierwszej akcji Hiszpan idealnie obsłużył Viníciusa i ten strzelił bramkę kontaktową. Królewscy dostali wiatru w żagle, zdominowali gospodarzy i szybko wyrównali (Militão głową). Nie spoczęli na laurach, napierali dalej i w 86 minucie po akcji Viníciusa i przytomnym podaniu Asensio gola na wagę wygranej strzelił bohater wieczoru, Dani Ceballos. W tym czasie Villarreal nie oddał ani jednego celnego uderzenia na bramkę Courtois. Los Blancos na to nie pozwolili. Po koszmarnej pierwszej połowie drugą zagrali fantastycznie. Dokonali nagłej i nieoczekiwanej remontady na miarę tych z Ligi Mistrzów poprzedniego sezonu. Pokazali dwa zupełnie odmienne oblicza. Byli martwi i zmartwychwstali.

Tym samym Królewscy awansowali do ćwierćfinału Pucharu Króla, gdzie już czeka Atlético, będziemy więc mieć dodatkowe derby Madrytu. Czy to koniec kłopotów Realu? Niekoniecznie. Nadal obrona jest dziurawa, pomoc apatyczna (zwłaszcza z Kroosem, ale ten u Carlo gra ciągle), a atak bezzębny (Benzema daleki od formy, podobnie Rodrygo), ale to zwycięstwo pozwala wierzyć. Oby częściej mecze zaczynał ten skład, który kończył mecz w Vila-realu.

Udostępnij

Post Author: Sławek

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Potwierdź, że nie jesteś automatem: