HAKEN Virus

Haken Virus recenzjaHAKEN
Virus
2020

Moja cierpliwość do muzyki Haken została mocno nadwyrężona. O ile chwaliłem album The Mountain z 2013 roku, który dawał sporo frajdy wielbicielom ambitniejszej odmiany progresywnego rocka, to zwracałem też uwagę na zbyt gęstą strukturę i małą wyrazistość kompozycji, przez co całość była bardzo trudna w odbiorze. Kolejne dwie płyty to już całkowity przerost firmy nad treścią. Oczywiście warsztatowo i brzmieniowo wszystko było bez zarzutu – londyńczycy są wytrawnymi muzykami, oferują sporo popisów instrumentalnych, bawią się gatunkami w rozbudowanych kompozycjach o zróżnicowanej melodyce, ale jakoś ja nie bawię się razem z nimi słuchając tych zawiłości. Od grupy okrzykniętej nową nadzieją europejskiego prog metalu mam prawo wymagać więcej niż tylko solidności. Chcę utworów, które mnie poruszą, do których chętnie wrócę wiele razy. Takich brakowało i nic się nie zmienia także na nowej płycie Anglików zatytułowanej Virus. Grają, grają, ja ciągle czekam na ten wielki moment i nagle stwierdzam, że dobrnąłem do końca. I nic się nie wydarzyło…

A może jestem zbyt surowy? Bo w sumie Virus nie odbiega zbytnio od poprzedników, zwłaszcza wydanego półtora roku wcześniej albumu Vector. Pisałem wtedy, że „zbyt mało melodii zapadających w pamięć działa na niekorzyść wydawnictwa. King Crimson pamiętamy za Epitaph, Red czy Starless, a nie za eksperymenty Frippa. Im szybciej panowie sobie to uświadomią, tym lepiej dla ich twórczości. Technicznie są mistrzami, ale to nie wystarczy.” Virus też jest przepełniony techniczną ekwilibrystyką, ale przynajmniej na starcie obiecuje wiele. Promujący płytę Prosthetic to „bardzo ciężki gitarowy utwór, który czerpie z trash metalu lat 80., utwór z niekonwencjonalnymi rytmicznymi zwrotami akcji, które bardzo lubimy w Haken. Niestety, nigdy nie mieliśmy okazji współpracować z Jeffem Hannemanem i Robertem Frippem, ale ten utwór czerpie z nich inspirację!”. Nic dodać, nic ująć. Najbardziej przystępny utwór w zestawie, prawdziwy konkret, udanie łączący poszatkowane, thrashowe gitary z melodią i wpadającym w ucho refrenem. Można? Można. Czyli panowie coś tam sobie uświadomili… Ale to tylko zmyłka, bo drugi singel Canary Yellow to już nijaka ballada i szkoda chwili czasu na jej wspominanie. Jako trzeci wydano utwór Invasion z typowo „yesowatym” wokalem Rossa Jenningsa, który także zapisuję po stronie plusów. Co poza singlami? Nudny jak flaki z olejem The Strain, 10-minutowa minisuita Carousel, z ładną melodią i klasycznymi zwrotami akcji – trochę się ciągnie, ale to mimo wszystko niezła kompozycja, i wreszcie 17-minutowy kolos Messiah Complex, który z założenia miała być magnum opus wydawnictwa, ale poza krótkimi fragmentami nie oferuje niczego ciekawego, brak mu spójności i dobrego motywu. Takie typowe granie dla grania, bez ładu i składu, każda z 5 części w innej lidze. Ostatecznie więc dwa świetne utwory na starcie, a potem tak sobie.

Nie chcę się powtarzać, bo Haken to nadal interesujący i nietuzinkowy zespół, ale chłopaki zaczynają zjadać własny ogon i muszą coś wymyślić, by nie powtórzyć błędów Dream Theater, których kiedyś bardzo chwaliłem, chodziłem na koncerty, a ostatniej płyty nawet nie chciało mi się komentować. Londyński sekstet powinien uciekać od zbyt pogmatwanych suit w kierunku nagrań, jakie otwierają najnowszy krążek. Virus jest bardzo nierówny – na starcie wiele obiecuje, a potem pokazuje figę. A może po prostu to ja jestem odporny na tego wirusa? Albo przechodzę bezobjawowo…

Udostępnij
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  

Post Author: Sławek

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Potwierdź, że nie jesteś automatem: