LINDEMANN F&M

Lindemann F&M Frau Mann recenzjaLINDEMANN
F&M
2019

Kim jest Til Lindemann, miłośnikom rocka nie muszę przypominać, zwłaszcza po wielkim sukcesie ostatniej płyty Rammstein i promującej ją trasy koncertowej. Wokalista i frontman kultowej niemieckiej grupy (tak, tak, nie waham się użyć tego słowa) już w 2015 roku, gdy szanse na reaktywację macierzystej formacji były zerowe, dostarczył solowy projekt Skills In Pills. Nie do końca solowy, bo pod hasłem Lindemann krył się duet – Tilowi towarzyszył szwedzki multiinstrumentalista i producent Peter Tägtgren, znany z deathmetalowej grupy Hypocrisy i industrialnego projektu Pain, który zadbał, by całość brzmiała jak należy. Teraz panowie zaproponowali swój drugi krążek F&M, na którym poprawili wszystko to, co nie wyszło na debiucie. To tak w skrócie.

Til Lindemann wielkim wokalistą nigdy nie był i nie będzie, ale w muzyce rockowej to żadna ujma – to samo można powiedzieć o Ozzym i kilku innych gigantach. Ważne, by mieć to coś („coś” można nazwać charyzmą lub inaczej, a może nie trzeba nazywać, bo i tak wiadomo, o co chodzi) i on to ma, ale tylko gdy śpiewa w języku ojczystym. Jego siermiężny angielski na pierwszym albumie był nie do zniesienia. Teraz piosenki są po niemiecku, i za to już pierwszy duży plus, bo brzmi to znacznie lepiej i naturalnie. Drugi za śpiew, bo Til wreszcie śpiewa, a nie tylko usiłuje. Trzeci za same kompozycje. Piosenki są bardzo różnorodne i powinny zadowolić każdego fana mocnej muzyki rockowej, nie tylko industrialu. Warunek jest jeden – nie wolno odnosić tej płyty do ostatniego dzieła Rammstein. To nie jest łatwe, bo utwory często przypominają Rammstein z racji wokalu Tila lub agresywnych gitar czy nośnych refrenów i takie porównania są automatyczne, ale logiczne, że działają na niekorzyść duetu Lindemann. Rammstein to Rammstein, to klasyka, ikona, jest nie do przebicia i koniec. Solowy (czy „duetowy”) Lindemann ma inne zadanie – więcej tu elektroniki, więcej luzu, zabawy formą, różnorodności (chociaż po flircie Rammstein z europopem w Ausländer czy pompatyczności Puppe to już niczego nie jestem pewien). Nie mówię, że płyta spodoba się tym, którzy nie znają/nie lubią Rammstein. Nie. Raczej w ogóle po nią nie sięgną. Ale fani grupy niech nie oczekują kolejnego krążka Niemców, i już wtedy będzie dobrze.

Teraz do rzeczy. Zaczyna się z grubej rury – od rozpędzonego, promującego wydawnictwo na singlu, symfonicznego Steh auf z chórkami w tle oraz opatrzonego chwytliwym refrenem Ich weiβ es nicht – to już klasyczny Rammstein pełną gębą, kapitalny kawałek. Na małej płytce wyszedł też Knebel, utwór zupełnie innego kalibru, opatrzony prowokacyjnym i skandalizującym teledyskiem, który hula po YouTube w ocenzurowanej wersji. To spokojna ballada w stylu country z dobrym wokalem Tila, która pod koniec (dlaczego nie wcześniej? albo wcale?) uderza agresywnym riffem i traci swój minimalistyczny urok. Świetny klip ma też nagranie Frau und Mann (niejako tytułowe), opowiadające o damsko-męskich relacjach, którego biesiadne „ajajajaj” nie bardzo mi podchodzi, lecz przebojowości trudno mu odmówić. Takie rockujące niemieckie disco. Z ciekawostek wolę już klasyczne tango (!) pod tytułem Ach so gern, które na digipacku pojawia się też w ostrej rockowej wersji (Pain Version). Ten remiks, mimo irytujących syntezatorów, bierze mnie znacznie bardziej. Innym bonusem jest Mathematik, kolejny dziwny eksperyment, melorecytacja Tila na tle nowoczesnych bitów zakończona nieudolną próbą rapu. Nie tędy droga, ale to kolejny dowód na różnorodność F&M. Jest jeszcze musicalowa ballada Wer weiβ das schon oraz przygnębiająca kołysanka Schlaf ein – obie ładne, ale to też nie moje klimaty. Wolę mimo wszystko typowo rockowe, energetyczne utwory, jak Gummi czy Allesfresser, który długo się rozkręca, ale jak już złapie rytm, to gniecie do końca. Jednym z moich faworytów pozostaje Blut – bardzo klimatyczna kompozycja z ciężkim refrenem, mroczna i przeszywająca. Nie da się ukryć, że pachnie Rammsteinem (Spring, Mutter).

Dla każdego coś fajnego. To nie zawsze wychodzi. Albumu F&M słucha się całkiem przyjemnie, dużo tu się dzieje, ale trudno mówić o spójności stylistycznej, jaka cechuje płyty wielkie. Ten osobliwy szwedzko-niemiecki duet czerpie garściami z rodzimych formacji, zapożycza też pomysły z innych gatunków, miesza klimaty, bawi się nimi. Nawet jeśli biesiadne granie czy przesłodzone syntezatory rodem z lat 80. nie bardzo mi leżą, to po prostu przełączam dany utwór na kolejny. Dobrych nagrań jest tu i tak całkiem sporo, a progres w stosunku do poprzednika aż nadto zauważalny. Zwłaszcza w kwestii melodii oraz samego śpiewu Lindemanna (i mam na myśli nie tylko język). Til i Peter poradzili sobie całkiem nieźle, choć całościowo to dość przeciętny krążek, bez wielkiej historii i znaczenia. Ode mnie trzy, ale bardzo mocne gwiazdki.

Udostępnij
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  

Post Author: Sławek

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Potwierdź, że nie jesteś automatem: