HAKEN Vector

Haken Vector recenzjaHAKEN
Vector
2018

Sześcioosobowy zespół Haken już po trzecim albumie The Mountain okrzyknięto największą nadzieją europejskiego progresywnego rocka. W czasach, gdy dzierżący koronę tytani z Dream Theater już dawno abdykowali (nowojorczycy zaczęli zjadać własny ogon i raczej małe szanse, że wyjdą z tej pętli), trzeba koniecznie znaleźć nowych idoli. Czy londyńczycy tu pasują? I tak, i nie. Tak, bo pomysłowość i zarazem stopień skomplikowania ich muzyki bardzo przypomina to, co oferuje/oferował James LaBrie i spółka. Nie, bo chociaż wypracowali rozpoznawalny styl, wciąż trochę za wcześnie, by nazywać ich klasykami, a 5. album Vector przejawia liczne oznaki przerostu formy nad treścią. Sporo tu zawiłości i technicznych popisów, ale dobrych, wyrazistych melodii ze świecą szukać. Właśnie na tym wyłożyli się panowie z Dream Theater, gdy przestali dbać o atrakcyjność swoich kompozycji i tylko młócili w nieskończoność. Zresztą nie oni jedni – recenzując poprzedni krążek Affinity z 2016 roku pisałem o takich zespołach jak Gentle Giant czy Rush. Na tamtym wydawnictwie znalazłem tylko dwa utwory warte grzechu, i dokładnie tak samo jest tutaj.

Po krótkim intro na pierwszy ogień idzie singlowy The Good Doctor – jedyne nagranie z jako tako nośnym refrenem, oczywiście też pełne rytmicznych połamańców. Wysłuchałem i zapomniałem. Podobny charakter ma zamykające album, kompletnie bezbarwne A Cell Divides. Tutaj chłopaki nie trafili z wyborem, bo uczucie niedosytu po 44 minutach jest ogromne. To naprawdę tylko tyle? Taki nijaki koniec? Ale zanim tam dobrniemy, jest czego posłuchać. O ile Puzzle Box też niespecjalnie mnie rusza (choć muszę przyznać, że przez niemal 8 minut sporo się dzieje, tylko tu też nie ma fajnej melodii, a przecież i z tego nagrania zrobiono singel), o tyle dwie pozostałe kompozycje zasługują na uwagę. Instrumental Nil By Mouth czaruje gitarowo-perkusyjnymi dialogami, ma w sobie potęgę i moc. I wreszcie magnum opus płyty – wielobarwna 12-minutowa suita Veil, gdzie wszystko jest na miejscu. Może to nie Cockroach King czy The Architect, ale to podobne klimaty. Jest urokliwy wstęp klawiszowo-wokalny, potem przebudzenie mocy, pomysłowe riffy i szalone klawisze, jest przełamanie i piękna solówka gitarowa (wreszcie!), a część balladową wieńczy kolejne solo, tym razem metalowe. To bardzo konkretne granie, stanowczo Haken najlepiej się czuje w dłuższych kompozycjach. To powinien być finał płyty.

Ten mój krótki zachwyt nie może jednak przesłonić faktu, że reszta materiału nie porywa. Oczywiście dużo tu drobnych smaczków i zabawy konwencjami, wplecione są elementy jazzu, a niektóre momenty miło zaskakują (ot choćby króciutki dialog basu z fortepianem w 7. minucie Veil) lub urzekają (zagrana na klawiszowym tle partia Miguela Gorodiego na skrzydłówce we wstępie do Host – to zresztą bardzo ładna ballada, taka troszkę z innej bajki, bo nijak mi nie pasuje do reszty materiału), niemniej zbyt mało melodii zapadających w pamięć działa na niekorzyść wydawnictwa. King Crimson pamiętamy za Epitaph, Red czy Starless, a nie za eksperymenty Frippa. Im szybciej panowie sobie to uświadomią, tym lepiej dla ich twórczości. Technicznie są mistrzami, ale to nie wystarczy. Już kilka lat temu pokazali, że stać ich na więcej. A więc poproszę o więcej.

Udostępnij
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  

Post Author: Sławek

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Potwierdź, że nie jesteś automatem: