SLASH Living The Dream

Slash Living The Dream recenzjaSLASH feat. Myles Kennedy & The Conspirators
Living The Dream
2018

Niedawno w mniej więcej tym samym czasie ukazały się dwa albumy zatytułowane Living The Dream. Pierwszy to kolejna świetna porcja starego hard rocka w wykonaniu weteranów z Uriah Heep. Drugi to kolejny krążek Slasha, znanego głównie z Guns N’ Roses rockowego gitarzysty, który kontynuuje współpracę z wokalistą Mylesem Kennedym i zespołem The Conspirators, to już ich trzecie wspólne dzieło. Słowo „dzieło” należy wziąć w cudzysłów, bo i tym razem Slash nie ma niczego specjalnego do zaoferowania (poza swoimi zadziornymi riffami i pikantnymi solówkami). Wprawdzie nie męczy nas już 80 minutami muzyki jak dwa lata temu na płycie World On Fire, bo piosenek jest 12, ale wszystkie dość podobne, może z wyjątkiem badziewnych ballad a la Nickelback czy Bon Jovi, jakich raczej nie oczekuję od tego legendarnego rockmana, oraz The Great Pretender, w której gitara żywcem przypomina Gary’ego Moore’a. Jedno trzeba Slashowi przyznać – marazm albumu zgrabnie zatuszował, bo mocny początek sprawia całkiem niezłe wrażenie.

Gunsowaty w klimacie The Call Of The Wild zaczyna się drapieżnie, ale czaruje intrygującym zwolnieniem tempa w połowie. Niezła melodia, brak tylko konkretnego refrenu – to niestety wada wszystkich nagrań na Living The Dream. Da się ich słuchać, ale w głowie nie zostaje kompletnie nic. Serve You Right ma posmak bluesowy, głównie za sprawą początku, za to finał jest przeciągnięty ponad miarę. My AntidoteMind Your Manners to już utwory singlowe ze wszystkimi wadami poprzedników – ten sam rytm, taka sama perkusja, te same patenty na riffy, energetyczne granie, które przelatuje zostawiając za sobą pustkę. Oczywiście poza tym wszystko jest jak należy – Slash gra kapitalnie, wokal Milesa też więcej niż poprawny, ale sama poprawność to trochę mało jak na możliwości tego duetu. Stać ich na więcej i ja wymagam więcej. Utwór Driving Rain pilotował płytę, ale szczerze mówiąc trudno mi go odróżnić od wyżej wymienionych. Może jest nieco wolniejszy… Inaczej brzmi Slow Grind, jest bliższy klasyce spod znaku Guns N’ Roses, oraz bardziej różnorodny, zamykający zestaw Boulevard Of Broken Hearts, który zaczyna się gitarą niemal wyjętą z The Wall Pink Floyd.

Są tu fajne momenty. Są tu dobre solówki i dzikie riffy (mało, ale są). Są energetyczne melodie. Czego brak? Odrobiny szaleństwa. Kilku konkretów. Wyrazistości, wpadających w ucho refrenów. Tego, co powoduje niedosyt po przesłuchaniu, gdy palec od razu ponownie wędruje na klawisz play. Mój też wędrował, lecz w poszukiwaniu czegoś, co przegapiłem. Jednak nic takiego nie znalazłem. Utwory są pozbawione charakteru, zlewają się ze sobą, jeden po drugim przemija, a ja ze zdziwieniem pytam „to już?”. Na Living The Dream jest tylko solidnie, nic więcej. Płyta dla zagorzałych fanów Slasha. Gdyby nie nazwisko kudłatego gitarzysty, nawet byśmy jej nie zauważyli. Dla mnie nadal niedoścignionym wzorem pozostaje Apocalyptic Love z 2012 roku.

Udostępnij
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  

Post Author: Sławek

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Potwierdź, że nie jesteś automatem: