REAL-LEGANES 2-1 Trzy punkty po męczarniach z Ogórkami

Pomiędzy starciami o finał Ligi Mistrzów z Bayernem przyszło Realowi mierzyć się z walczącym o utrzymanie w La Liga Leganés. Klub spod Madrytu już wystarczająco napsuł krwi utytułowanemu rywalowi – to właśnie zlekceważeni przez Zidane’a Los Pepineros w styczniu wyeliminowali Królewskich z Pucharu Króla wygrywając na Bernabéu 2-1. Po zawalonej lidze był to drugi mocny cios w trenera i jego pomysł na zarządzanie drużyną. Od wtedy jednak sporo się zmieniło. Real zaczął grać znacznie lepiej i chociaż oddał dwa krajowe tytuły w ręce (nogi) Barcelony, to wciąż może uratować sezon, jeśli 26 maja wygra w Kijowie. Ale najpierw musi się tam dostać. Dlatego dzisiaj na boisko wybiegli niemal sami zmiennicy, by dać odetchnąć tym, którzy we wtorek wystąpią w meczu o sezon. Wynik starcia z Ogórkami (to oficjalny przydomek Leganés) nie miał znaczenia, lecz wypadałoby wreszcie z nimi wygrać. Nawet w rezerwowym składzie. I tak się stało, aczkolwiek styl tej wygranej bardziej martwi niż cieszy.

Zastanawiałem się, co tu pisać po takim spotkaniu… najlepiej mileczeć, ale to nie wypada. Nie wiem, czy bardziej nudne są przedmeczowe konferencje Zdiane’a, czy gra jego drużyny. Chyba jedno warte drugiego, i nie ma znaczenia, czy jest to skład A, czy B. Dzisiaj grali wypoczęci rezerwowi, którzy mieli zdynamizować grę, powinni chcieć się pokazać, a udowodnili jedynie, że nie bez powodu grzeją ławę. Nie było ani dobrej gry, ani wielkiej walki, ani ładnych akcji. Co było? Kopanina na poziomie trzeciej ligi. Zaczęło się obiecująco, bo już w 8 minucie bramkę w ekwilibrystyczny sposób strzelił Bale. Walijczyk był aktywny, starał się, ale niewiele z tego wynikało. Drugi gol niewidocznego wcześniej Borjy Mayorala padł tuż przed gwizdkiem na przerwę, i też był bardziej dziełem przypadku niż wypracowanej akcji Los Blancos. A po zmianie stron grali już tylko goście. Darko Brašanac zdobył kontaktową bramkę, a kilka innych okazji zmarnowali jego koledzy. Na boisko wszedł Kroos i Asensio, ale wtedy gra była jeszcze gorsza. Niemiec nie kontrolował wydarzeń, a Hiszpan nie tworzył zagrożenia. Leganés długo rządził w Madrycie zamykając gospodarzy na ich połowie, a bilans drugich 45 minut to 6 celnych uderzeń gości i 1 (słownie: jedno!) Królewskich. To starczy za komentarz. Niepojęte, że ta bezbarwna ekipa ma szansę na wejście do finału Ligi Mistrzów. To taki paradoks. Oczywiście we wtorek zagrają inni zawodnicy, i w tym nadzieja, ale muszą pokazać o wiele więcej niż w Monachium. Dzisiaj była mizeria, tak samo zresztą jak w większości spotkań na Bernabéu w tym sezonie.


Minus meczu: Theo, Benzema

Udostępnij
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  

Post Author: Sławek

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Potwierdź, że nie jesteś automatem: