FOO FIGHTERS Concrete And Gold

Foo Fighters Concrete And Gold recenzjaFOO FIGHTERS
Concrete And Gold
2017

Foo Fighters wkroczyli w trzecią dekadę działalności, to już całkiem poważna sprawa. Amerykański zespół został założony w 1995 roku przez perkusistę Nirvany Dave’a Grohla po śmierci Kurta Cobaina, by kontynuować tę przedwcześnie skończoną muzyczną przygodę. Panowie postrzegani najpierw przez pryzmat kultowego statusu Nirvany z biegiem czasu zasłużyli na to, by ich docenić jako w pełni niezależną formację. Może nie mają na koncie tylu hitów co macierzysta formacja lidera, bo zawsze lepiej wypadali na żywo niż w studio, lecz działają nieprzerwanie ponad 20 lat i wydali niedawno swój dziewiąty już album. To budzi szacunek, a wszelkie porównania tracą sens. Jaka jest więc nowa muzyka Foo Fighters? W skrócie: taka sama jak stara, ale trochę lepsza. Zespół nadal cierpi na brak wyrazistości swych kompozycji (pisałem o tym recenzując trzy lata temu płytę Sonic Highways, że Nevermind Nirvany ma więcej kapitalnych i pamiętnych utworów niż wszystkie albumy formacji Grohla razem wzięte), ale słucha się go znakomicie. Od początku do końca. Concrete And Gold to najbardziej różnorodny, zaryzykuję stwierdzenie, że w ogóle najlepszy krążek tej grupy (w tym stuleciu na pewno), choć obrona tej tezy wcale nie będzie prosta.

Z tą różnorodnością trzeba uważać, by nie zagubić wspólnego klimatu nagrań, ich spójności stylistycznej. Tutaj jest pod tym względem idealnie – grupa proponuje dobre piosenki, zarazem w każdym z utworów słychać, że to Foo Fighters, zachowano elementy charakterystyczne dla stylu grupy, nawet jeśli inspiracje są tak odległe jak The Beatles czy Black Sabbath i Pink Floyd. Mimo poprawnej, celowo nie piszę „popowej” produkcji (chociaż odpowiadający za nią Greg Kurstin nigdy nie wyprodukował albumu rockowego, a kojarzony jest z takimi artystami jak Adele, Sia czy Pink) muzyka jest pełna grunge’owego brudu i wszechobecnej, niezwykle zaraźliwej energii, co w połączeniu z kapitalnymi melodiami stanowi iście wybuchową mieszankę. Najlepiej obrazuje to singlowy Run ze wściekłym, przesterowanym wokalem Grohla. To jeden z najcięższych utworów grupy, lecz zarazem bardzo przebojowy. Ciężki jest też funkujący Make It Right, gdzie wokalnie udziela się Justin Timberlake. To bardziej puste hasło i chwyt marketingowy, bo faktyczny wkład popowego gwiazdora jest żaden. Najlepsze jednak dopiero przed nami. Drugi singel The Sky Is A Neighborhood to prawdziwa perełka współczesnego rocka. Genialny wokal, mocny riff, świetny refren, wyrazisty rytm, jednocześnie zapach klasycznego grania Foo Fighters. Równie klasycznie brzmi świetny Arrows, z kolei Dirty Water zaczyna się spokojnie, jak zwykła gitarowa piosenka, by potem urzec agresywną melodią i typową ścianą dźwięku. Ballada jest tylko jedna – Happy Ever After (Zero Hour), bardzo (za bardzo?) beatlesowska w klimacie, dla mnie rzecz do szybkiego zapomnienia. Odwrotnie niż najdłuższy w zestawie, jeszcze bardziej beatlesowski Sunday Rain – tu na perkusji (!) gra sam Paul McCartney, idol i dobry znajomy Grohla, a perkusista FF Taylor Hawkins wykonuje partie wokalne. Wszystko jest inaczej, a gdy dodam, iż gitara na wstępie przypomina styl George’a Harrisona, mamy utwór, który z powodzeniem ozdobiłby Abbey Road czy Biały Album. I chyba do tych krążków album Concrete And Gold bardziej pasuje, choć według wizji Grohla miała to być heavymetalowa wersja Sierżanta Pieprza. Mniejsza o etykietki i odniesienia. Dobrze, że panowie starają się urozmaicić swoje brzmienie i dotrzeć do bardziej wymagających słuchaczy. Taką próbą jest też zamykająca płytę kompozycja tytułowa nawiązująca do psychodelii z wczesnych płyt Pink Floyd i potęgi brzmienia Black Sabbath. To coś nowego, zupełnie innego w twórczości Foo Fighters. Trochę przytłaczające zwieńczenie albumu, ale na pewno należą się brawa za odwagę.

Concrete And Gold podsumowałem już w pierwszym akapicie. Znakomity album. Może nie stoi za nim tak rozbudowana idea jak za Sonic Highways, może nie do końca wykorzystano potencjał zaproszonych gości (poza McCartneyem, którego duch unosi się nad wieloma nagraniami), ale muzycznie trafiono w dziesiątkę umiejętnie łącząc pop z rockiem i agresję z delikatnością (o tekstach krytykujących Trumpa nie wspominam, bo to już norma w Ameryce). Jest tu dużo gitarowego grania na poziomie zarezerwowanym dla najlepszych oraz sporo udanych melodii i chwytliwych refrenów. Mnie to przekonuje, tak jak zawsze kręciłem nosem przy poprzednich krążkach. Foo Fighters obrali intrygujący kierunek rozwoju i już jestem ciekaw, co zrobią na płycie numer 10.

Udostępnij
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  

Post Author: Sławek

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Potwierdź, że nie jesteś automatem: