GIRONA-REAL 2-1 Real w październiku poddaje ligę

Girona-Real 2-1 hiszpańska la liga 2017/2018Czwartkowy mecz z Fuenlabradą w Pucharze Króla nie wywołał wiele emocji – może to i dobrze, zważywszy na słabą grę zaprezentowaną przez królewskich zmienników na boisku trzecioligowca. Co innego spotkanie w La Liga, gdzie trzeba gonić Barcelonę i nie ma już żadnej taryfy ulgowej. Real przyjechał grać na boisku beniaminka z Girony, a spotkanie mogło być odwołane ze względu na trudną politycznie sytuację Katalonii, która w piątek jednostronnie ogłosiła niepodległość i stworzenie Republiki. Niby ruchy niepodległościowe nie powinny mieć wpływu na sport, ale życie pisze własne scenariusze. Królewscy nawet zrezygnowali z klubowego autokaru, by nie podsycać nastrojów i nie prowokować lokalnych fanów. Na szczęście mecz się odbył bez żadnych problemów. Estadi Montilivi to niby trudny teren – Atlético ledwo tu zremisowało w pierwszej kolejce, a Barcelona potrzebowała dwóch samobójów, by przełamać obronę ambitnych gospodarzy, ale w sumie podopieczni Pablo Machína uzbierali tylko 9 punktów i są tuż nad strefą spadkową, więc nie powinni zatrzymać kandydata do mistrzostwa. Ale co gdy ów kandydat gra znacznie gorzej niż ligowy debiutant?

Opisywanie meczów Realu w tym sezonie to prawdziwa mordęga. Nie wiem, kto się bardziej męczy – recenzent i kibic oglądając żałosne popisy panów piłkarzy, czy zawodnicy wychodząc odrobić pańszczyznę. W grze madrytczyków nie ma lekkości, jakości, skuteczności, pomysłu, pressingu, chęci… można dalej wymieniać, tylko po co? Najważniejsze, że nie ma radości, nie ma pasji, jaka cechuje tych, którym zależy, którzy naprawdę chcą coś wygrać. Tej pasji, którą przecież mieli w meczu z Barceloną w sierpniu (i niestety tylko wtedy). Tej pasji, która cechowała dziś piłkarzy z maleńkiej Girony. Niby atmosfera w królewskiej szatni świetna, a na boisku widzimy zmęczonych życiem milionerów, którym szkoda fatygi na odrobinę wysiłku, by swą grą zadowolić kibiców, by zrobić coś ponad minimum. Czasem nawet tego minimum brak. Widzimy wypalone gwiazdy z jednym pomysłem na grę, który już od dawna nie skutkuje. Widzimy amatorów, którym trudno wymienić kilka podań, a grę z klepki oglądają chyba tylko na meczach Barcelony. Widzimy najlepszy (na papierze) środek pola, który nie potrafi zdominować ligowego nowicjusza. Real Zidane’a już nie gra dla kibiców, gra by odhaczyć kolejne spotkanie, a jeśli się uda wygrać, to fajnie. Gdyby się nie udało, to piłkarze i trener mają przygotowane kilka wyświechtanych frazesów. Dziś się nie udało. Real przegrał z Gironą będąc gorszym w każdym aspekcie piłkarskiego rzemiosła. Rok temu Zidane’a ratowała ławka rezerwowych, ale trener olewał swoje gwiazdy i pozwolił im odejść. Ci, których zostawił, mają w nosie walkę na całego, a zmiennicy są równie słabi. Nie ma znaczenia, czy wystąpi pierwszy czy drugi skład – oba grają koszmarnie źle. Wystarczy dodać, że wyśmiewany za transfer z Chin Paulinho w Barcelonie ma lepsze statystyki od Ronaldo mimo rozegrania mniejszej ilości minut. To jest kompromitacja.

Na Montilivi gospodarze walczyli o każdą piłkę, jakby od tego zależało ich życie. Długo zamykali madrytczyków na ich połowie, organizowali piękne akcje, lecz brakowało im wykończenia lub po prostu szczęścia. W 11 minucie trafili w słupek, a Real wyprowadził kontrę, która zakończyła się golem na 1-0. Piłkę odbitą przez bramkarza po uderzeniu Ronaldo dobił Isco, jedyny nieszablonowy zawodnik w drużynie gości. Ta przewaga uśpiła Królewskich i więcej poważnego zagrożenia z ich strony już nie było, zaś Katalończycy dalej śmiało atakowali korzystając z licznych prezentów dziurawej obrony Madrytu. Kolejny raz trafili w słupek i gdy wydawało się, że Real tego drugiego już ostrzeżenia nie zlekceważy, po przerwie obudzi się i zacznie dominować, stało się coś odwrotnego. W 54 minucie Stuani pięknie wymanewrował obronę i wyrównał, a chwilę później Portu trafił na 2-1. Wprawdzie był na spalonym i gol nie powinien być uznany, ale to żadne wytłumaczenie dla postawy Los Blancos przez kolejne 30 minut. Było wystarczająco wiele czasu, by odwrócić losy meczu. Niestety Real nie tylko gola nie zdobył, ale nawet nie umiał stwarzać zagrożenia pod bramką Bono. Grał ospale, bez iskry, a jedynym pomysłem były niedbałe wrzutki w pole karne. W bramce gospodarzy mógł stać woźny lub pan od koszenia trawy – wynik nie byłby inny. Tak żenującej postawy mistrzów kraju nie wolno usprawiedliwiać. Pablo Machín, trener Girony na pomeczowej konferencji prasowej powiedział m.in. „Oni nie są drużyną, która jest przyzwyczajona do wkładania dużego wysiłku w mecz”. Nic dodać, nic ująć. Ciekawe, jak zareaguje Zidane, główny winowajca tej mizerii, jaką prezentują piłkarze. Może dalej będzie „zadowolony z zawartości meczu”?

Efekt jest taki, że La Liga umarła. Już w październiku strata Realu do rewelacyjnej w tym sezonie Barcelony wynosi 8 punktów i o obronie mistrzostwa praktycznie można zapomnieć. Nie z taką grą. Nie z takim podejściem. Nie z takimi piłkarzami. Nie z takim trenerem.

Udostępnij
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  

Post Author: Sławek

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Potwierdź, że nie jesteś automatem: