Pożar w Madrycie

Real Madryt Zidane porażka kryzysPo sensacyjnej porażce Realu Bernabéu płonie. Ze wstydu. Trzy mecze u siebie ze słabeuszami i żadnej wygranej? Do tego porażka z Betisem i po 5 meczach już 7 punktów straty do bezbłędnej Barcelony? Tej samej, którą wyśmiewano za chybione transfery? Za Paulinho wracającego z emerytury w Chinach? Tylko ten Paulinho strzelił już tyle samo bramek co 100-milionowy Bale. I więcej niż Benzema. Do tej Barcelony, którą miesiąc temu Real rozjechał 5-1 w dwumeczu o Superpuchar? Co więc się stało? Chyba każdy madridista zadaje sobie to pytanie i każdy ma własną odpowiedź. Powodów jest wiele i każdy istotny.

Wypalenie i brak formy podstawowych zawodników. To, co zagrał wczoraj Carvajal, to kryminał. Marcelo po drugiej stronie niewiele lepszy. Kroos jakby przemęczony – wolny i schematyczny, Isco bez magii i dobrych wyborów, Bale w trakcie meczu notuje dwa, trzy dobre zagrania i tyle, a Ronaldo po przerwie musi lepiej nastawić celownik. Tylko Modrić dawał radę, lecz jego słabością są strzały – tu też wiele do poprawy. Problemem jest brak jakości na ławce – to, czym Real wygrywał słabe mecze i w efekcie tytuły, jest już tylko wspomnieniem. Sprzedano trzech ważnych piłkarzy odpowiedzialnych za 1/3 bramek i tego braku nie uzupełniono. Przyszli młodzi zawodnicy, bez doświadczenia, którym Zidane zwyczajnie nie ufa i nie daje grać. Gdy mecz się nie układa, nie ma kim straszyć z przetrzebionej ławki. Brak bramkostrzelnego napastnika i to koszmarne zaniechanie z okienka transferowego będą jeszcze nieraz odbijać się czkawką w tym sezonie. Powrót Benzemy nie jest rozwiązaniem, bo wiemy ile Francuz potrzebuje sytuacji, by choć raz trafić. W nagrodę za swój najgorszy sezon właśnie podpisał nowy, lepszy kontrakt. Może ktoś nie chce, by Real wygrywał? Plaga kontuzji, która od samego początku nęka Królewskich, nie jest usprawiedliwieniem złej gry, bo Zidane mógł kupić, kogo chciał. Nie chciał nikogo, ma kadrę jaka sam wybrał, i musi sobie radzić. Większym problemem jest jego niechęć do zmian. Trzon ekipy jest stary i wypalony, gra nudny i statyczny futbol, nie ma tu lekkości ani finezji (popatrzcie na grę Liverpoolu, City, czy choćby Barcelony), jeden holuje piłkę, a reszta czeka co zrobi, bez ruchu, bez wychodzenia na pozycję, a nawet gdy ktoś próbuje wyjść, i tak nie dostanie podania, bo Kroos czy Isco zawsze wybiorą bezpieczniejsze zagranie do kolegi obok. Zero zaskoczenia i niekonwencjonalnych rozwiązań, za to dziesiątki bezproduktywnych wrzutek w pole karne. Tak się dzisiaj nie gra. W Madrycie zapomniano, jak słabo wyglądała pierwsza część poprzedniego sezonu, ile punktów uratowano cudem w samych końcówkach, po kompromitujących występach, gdzie Real nie potrafił zdominować nawet ligowych średniaków. Gole padały głównie po stałych fragmentach czy błędach rywala. Mało po imponujących akcjach madrytczyków. I strzelali je rezerwowi, których się pozbyto. Teraz tego brakuje. Najbardziej jednak brakuje odpowiedniego nastawienia, a to już praca dla trenera. Czy miesiąc temu w meczu z Barcelona po boisku biegała inna ekipa? Owszem, było więcej młodzieży, ale wszyscy biegali jak na turbodoładowaniu. Teraz Real wychodzi na boisko licząc, że mecz sam się wygra, że nie trzeba się wysilać, bo coś i tak wpadnie. Wpadało 73 mecze z rzędu i za to wielki szacun, bo to nowy europejski rekord (po 61 Bayernu) i wyrównanie wyniku brazylijskiego Santosu z lat 60-tych (w tym czasie Real zdobył 200 bramek, zaczynając i kończąc to wielkie strzelanie w San Sebastian), ale każda seria się kiedyś kończy. Bez pracy na boisku trudno wygrywać, nawet Realowi. Im szybciej to panowie piłkarze zrozumieją, tym lepiej. A czasu już nie ma, bo taka strata na starcie nie wróży dobrze. Chyba że od teraz Real nagle zacznie czarować i wygrywać wszystko jak leci. W to chyba już nikt nie wierzy widząc męczarnie Los Blancos.

Jestem daleki od kwestionowania Zidane’a i jego umiejętności zarządzania grupą. Owszem, popełnia trochę błędów, nie zawsze jego wybory są trafne, a faworyzowanie Benzemy i zaniechania transferowe irytują, ale pobił wiele rekordów i wygrał wiele tytułów, zapracował więc na to, by mu zaufać, nawet jeśli na razie wyniki są fatalne. Poza tym piłkarze są z niego zadowoleni, w drużynie panuje świetna atmosfera. Tylko skoro tak, to dlaczego się nie starają, nie umierają za niego na boisku? Dlaczego ciągle trzeba ich prosić o pełne zaangażowanie, mobilizować do pressingu, dlaczego nie oferują tej słynnej intensywności w każdym meczu przez 90 minut? Bo są za starzy? Bo dostali nowe kontrakty więc nie muszą? Bo trener i tak wystawi once de gala i oleje młodzików? To po co ich kupił?

Pytania można mnożyć, tylko to niczego nie zmieni. Zidane to wszystko wie. Lub wiedzieć powinien. Jest uparty i zbyt spokojny, może jednak poza kamerami robi swoje i w szatni tupnie nogą zamiast wiecznie uśmiechać się i chwalić. Wie, o co walczy i jakie tu są wymagania. W Madrycie każdy remis czy porażka boli bardziej niż gdzie indziej, czasem urasta do zniewagi. Nie jest łatwo być fanem Realu. Może za bardzo się przyzwyczailiśmy do wygranych? Futbol nie smakuje, gdy twoja drużyna gra źle, ale przecież każdy ma prawo do gorszych momentów. Problem w tym, gdy je powtarza w kolejnych spotkaniach. Poza tym ta huśtawka nastrojów musi irytować. Madryt niszczy Barcelonę by potem tracić punkty z Levante czy Betisem? Co to ma być? Jeśli Królewscy mają tak mocną drugą linię (ponoć najlepszą na świecie), dlaczego nie dominują nad rywalem i pozwalają mu swobodnie rozgrywać? Dlaczego pomocnicy nie szukają inteligentnych rozwiązań, gry na jeden kontakt? Skoro mają tyle jakości, gdzie te wykreowane sytuacje i imponujące zagrania? To denerwuje kibica – sama gra, nie wynik. Wynik jest jej pochodną. Trudno o efekty bez kreacji, biegania, wywalczania trudnych piłek, podejmowania ryzyka, walki o każdy metr boiska. Nie było tego wczoraj, nie było tego z Levante, było trochę z Valencią, bo tam sam Benzema zawalił mecz swoją nieudolnością w wykańczaniu dobrych okazji. Mecz z Betisem miał dwie cechy – to goście byli poukładani, wiedzieli co chcą grać, lepiej i dokładniej operowali piłką (chociaż tylko wyprowadzali kontry, ale jak to robili), zaś Real był chaotyczny, klepał po obwodzie i oddawał strzały niegodne mistrza, takie na alibi, nieprzygotowane. Prawie 30 uderzeń i tylko kilka w światło bramki? To La Liga czy okręgówka? Nikt nie premiuje za strącanie gołębi na dachu. Sam Ronaldo wczoraj uderzał 12 razy – po co? Zamiast podać czasem kolegom walił na oślep, trafił raptem 2 razy. W trzech meczach u siebie Królewscy oddali 67 strzałów, z tego były 3 bramki. To żenująca statystyka. Niegodna tego klubu. Wstydliwa dla graczy ofensywnych.

Mleko się rozlało, nikt tego nie cofnie. Real zanotował jeden z najgorszych startów ligowych w historii. Taką stratę do lidera odrobił tylko raz – z Sociedadem w 2003 roku, ale to nic nie znaczy, bo historię można pisać na nowo, czas tylko wziąć się do pracy, bo Królewscy jeszcze nie grali z trudnymi rywalami, a teraz właśnie tam muszą skutecznie punktować. Inaczej jeszcze przed świętami będzie po herbacie. Teraz się okaże, czy ta drużyna ma charakter. W domowych meczach jak dotąd go nie pokazała.

Udostępnij
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  

Post Author: Sławek

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Potwierdź, że nie jesteś automatem: