KONG: SKULL ISLAND Kong: Wyspa Czaszki

Skull Island Kong Wyspa Czaszki recenzja Vogt-RobertsKONG: SKULL ISLAND
Kong: Wyspa Czaszki
2017, USA
fantasy, przygodowy
reż. Jordan Vogt-Roberts
altaltaltaltalt
„W 2014 roku król potworów wreszcie usadowił się na tronie, który tak naprawdę zawsze do niego należał. Zajął należne mu pierwsze miejsce i bardzo długo go nie odda. Jeśli kiedykolwiek…” Tak pisałem o Godzilli Garetha Edwardsa. Ale minęły 3 lata i pojawił się Kong. Powrócił więc inny król – King Kong wreszcie w należytym rozmiarze i całkiem nowej historii, zupełnie innej niż ta oklepana. Porównywanie obu filmów nie ma sensu – Godzilla to klimatyczny hołd dla jej twórcy Ishirō Hondy, z wyraźnie naszkicowanymi postaciami i ciekawą historią w tle, natomiast Kong: Wyspa Czaszki ma zupełnie inny wymiar – to typowy blockbuster, lekkie kino przygodowe w starym stylu, z wartką akcją i fabułą bez znaczenia. Akcję osadzono w latach 70-tych, tuż po wojnie wietnamskiej, oczywiście na niezbadanej i nieskażonej cywilizacją wyspie na Pacyfiku, gdzie rządzi Kong. Dba o równowagę, jest otoczony czcią przez tubylców, których chroni przed ogromnymi jaszczurami (czaszkołazy) i innymi monstrualnymi stworzeniami. Teraz staje do walki z amerykańską armią, która pod płaszczykiem ekspedycji naukowej uczyniła sobie z wyspy poligon doświadczalny niszcząc lokalną faunę i florę.

Treść błaha, bo też nie o nią tu chodzi. Nie płaczemy za ginącymi bohaterami, bo nie mamy czasu ich poznać ani polubić. Nie podziwiamy aktorów, bo nie mają tu wiele do zagrania, choć obsada jest całkiem przyzwoita. Znany z produkcji Marvela Tom Hiddleston robi za znawcę dziczy i przewodniczy wyprawie (były komandos, specjalista od przetrwania nawet kilka razy wskazuje kierunek drogi), jednak zapamiętamy go głównie z tego, jak kataną wycina przerośnięte pterodaktyle. Zdobywczyni Oscara Brie Larson dokumentuje podróż i wciąż tylko robi zdjęcia, ale na widok małpy wielkości wieżowca rozdziawia usta i zapomina o aparacie – a szkoda, bo to dużo ciekawsze niż fotografowane do znudzenia twarze współtowarzyszów. Wreszcie najbardziej wyrazisty Samuel L. Jackson, kochający walkę, opętany wizją zemsty dowódca, którego przerysowana postać irytuje od pierwszych minut. Tylko że nie dla aktorów idziemy do kina. Głównym aktorem widowiska jest komputerowo stworzony Kong, a ten wygląda majestatycznie, potężnie, groźnie, zarazem poczciwie i dobrodusznie (taki „ludzki pan”, tylko bardzo duży), więc od razu zdobywa sympatię widza. Żadne idiotyzmy i dziury fabularne czy bezbarwne, papierowe postacie nie zmienią tego faktu, co najwyżej minimalnie obniżą ostateczną notę.

Jordan Vogt-Roberts złapał Pana Boga za nogi. Praktycznie nieznany bliżej twórca (ma na koncie jeden film i kilka telewizyjnych seriali) dostał spory budżet i znakomicie spożytkował te pieniądze. Może poszkocił na dobry scenariusz, ale cała reszta nie budzi zastrzeżeń, a strona wizualna to techniczny majstersztyk. Reżyser wie, jak umiejętnie zbudować napięcie i utrzymać tempo akcji, protagonistę prezentuje już na samym początku filmu. Poprzednie odsłony King Konga (1933, 1976 i 2005) traktuje z szacunkiem i odświeża pomysły ze starych klisz (wyspę otacza tajemnicza mgła; jest lokalne plemię – choć nie wiadomo po co; są klasyczne sceny z dziewczyną, lecz przy takich rozmiarach miłość raczej niewskazana; itd.) nawiązując do słynnych momentów i podając je po swojemu. Do tego oferuje niewymuszony humor, odrobinę brutalności (ale wszystko utrzymane w granicach PG-13 – cóż, takie czasy) i ścieżkę dźwiękową pełną nieśmiertelnych hitów z lat 70-tych. Sama oprawa filmu jest piękna – scena z ustawionymi w szyku wlatującymi we mgłę helikopterami czy obraz Konga na tle zachodzącego słońca na długo pozostają w pamięci. Całość zachwyca rozmachem, epickimi scenami i niesamowitymi efektami specjalnymi. Zwłaszcza sceny walk są świetnie zaaranżowane (i ta pierwsza podczas demontażu śmigłowców, i ta finałowa z wielkim czaszkołazem) – nie brak im ani artyzmu, ani dramatyzmu. Jedyne, co czasem przeszkadza, to zachwianie proporcji przy pokazywaniu mieszkańców Wyspy Czaszki w poszczególnych scenach. To jednak drobiazg, a ponad 30-metrowy Kong i tak musi znacznie podrosnąć, jeśli ma się spotkać ze stumetrowym Godzillą, co zostało pod koniec delikatnie zasugerowane.

Kong: Wyspa Czaszki to najlepsza jak dotąd odsłona przygód wielkiej małpy. Porównania z obrazem Petera Jacksona z 2005 roku same się nasuwają i chociaż jego King Kong był świetny i miał lepszych bohaterów, film Vogt-Robertsa zrobił na mnie większe wrażenie. Może to kwestia wielkości Konga (rozmiar ma znaczenie), może jakości efektów (Jackson chwilami przedobrzył i zbytnio nawiązał do Władcy Pierścieni), tak czy inaczej reżyser zaskoczył mnie swą wizją, tchnął nowe życie w klasyczną postać i zafundował publice zapierające dech w piersiach widowisko. O to przecież chodziło.

Udostępnij
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  

Post Author: Sławek

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Potwierdź, że nie jesteś automatem: