ATHLETIC-REAL 1-0 Następny katastrofalny występ pod wodzą Ancelottiego

Athletic Real 1-0 liga hiszpańska 2014/2015   Pisanie o słabej formie Realu jest jak czeski film więc tym razem się powstrzymam i zacznę inaczej, bo przecież nadzieja umiera ostatnia i każdy kibic wierzy, że w kolejnym spotkaniu będzie inaczej. Wizyta na San Mamés zawsze jest wyzwaniem – to trudny teren, Baskowie grają szybko i dokładnie stosując agresywny pressing – czyli to wszystko, czego Real nie lubi i sam nie umie robić, jednak drużyna mająca ambicje mistrzowskie ma obowiązek takie mecze wygrywać. Tak zrobili główni rywale, i to w całkiem przekonującym stylu: Atlético wygrało tu 4-1, zaś Barcelona ustrzeliła manitę zwyciężając 5-2. Co na to Real? Znów pokazał swym kibicom figę z makiem. Przez pierwsze 45 minut tylko obserwował, jak Baskowie grają w piłkę. Madrytczycy grali tak żałośnie, że spuszczę zasłonę milczenia na ich poczynania. Królewscy byli gorsi w każdej formacji, wliczając tempo gry – Athletic 3 dni temu walczył w Copa del Rey, a mimo to był bardziej świeży, bardziej dokładny, szybszy i bardziej zmotywowany od graczy ze stolicy. Gospodarze kontrolowali wydarzenia, w 26 minucie objęli prowadzenie po pięknej główce Aduriza, i ani przez moment nie mogli czuć się zagrożeni stratą gola. Więcej nie trzeba pisać bo to już stało się męczące. Jak wspomniałem – czeski film. Po przerwie było nieco lepiej – czytaj: nieco szybciej, bo reszta pozostała bez zmian. Madrytczycy zaczęli biegać, optycznie przeważali i w 58 minucie oddali pierwszy celny strzał na bramkę Iraizoza. Ponieważ było to jedyne takie zagranie, trzeba odnotować, że tego wyczynu dokonał Isco. Potem były wrzutki, wrzutki i… kolejne wrzutki. W 75 minucie po kontrataku gospodarzy Aduriz trafił w słupek, zaś w odpowiedzi mógł paść kuriozalny gol: Gareth Bale widząc bramkarza na przedpolu uderzył z 50 metrów i również trafił w słupek. Nie zmienia to obrazu spotkania – Athletic był lepszy w każdym aspekcie sztuki piłkarskiej, wygrał zasłużenie, a madridistas muszą zacząć się przyzwyczajać, że w tym sezonie niczego nie wygrają. Nie z taką grą i nie z tym trenerem. Kryzys jest głębszy niż się mogło wydawać, a jedynym objętnym i bagatelizującym ten stan rzeczy jest trener Ancelotti. Jest też jedynym, kto mógłby problem rozwiązać – gdyby go w styczniu zauważył. Powinien, bo podobno jest doświadczony, wygrał trzy Ligi Mistrzów (w tym dwie z wielkim Milanem, który trenował 8 lat i w tym czasie tylko jeden raz był mistrzem Włoch – to tak na marginesie). To, jak gra Real Madryt od 3 miesięcy, to jedna wielka kompromitacja i pokonywanie słabeuszy tego nie zmieni. Dzisiaj żaden z zawodników nie zasłużył na pochwały. Gra ofensywna Królewskich jest na pozomie drugiej ligi. Polskiej drugiej ligi. Wstydzę się za piłkarzy bo oni wstydu nie mają.
   Lista problemów „najlepszej drużyny świata” jest bardzo długa – pisałem o tym a artykule Włoski problem Realu. Teraz zwrócę uwagę tylko na jeden fakt, bardzo charakterystyczny i bardzo smutny zarazem. Karim Benzema po zejściu z boiska w 80 minucie usiadł na ławce zrelaksowany i uśmiechnięty. To najlepiej pokazuje jego podejście do tego, co robi i jak to robi. Dziś był najgorszy na boisku, ale on nie musi się starać bo przecież BBC gra zawsze, tak zapewnił dobry tata na ławce trenerskiej. Podpisał nowy kontrakt, konkurenta sprzedano, nowy zmiennik jest przyspawany do ławki rezerwowych – hulaj dusza. Karim wie, że jest świętą krową i ten jego uśmieszek po zejściu z boiska właśnie wyrażał ten stan. Jak Suárez czy Alves schodzili ostatnio przy prowadzeniu Barcelony to ze złości kopali w butelki, a Benzema w przegranym meczu się śmieje, jakby zdobył hat-tricka i zagrał mecz życia. To tak samo żałosne zachowanie jak gra madryckiej drużyny.
   Carlo Ancelotti kompletnie się pogubił. Nie panuje nad sytuacją, nie wyciąga wniosków, nie uczy się na błędach – w Bilbao popełnił dokładnie te same co przeciwko Villarrealowi. Jego taktyczna impotencja sprawia, że drużyna gra apatycznie, jest pozbawiona duszy, zawodnikom brakuje nie tylko finezji i magii, ale podstawowych umiejętności piłkarskich i boiskowej inteligencji. Co gorsza, nie widać po nich determinacji, nie potrafią się w pełni zaangażować, biegać do utraty tchu i walczyć do upadłego, a to jest niewybaczalne. Niemożliwe, by naraz wszyscy stracili formę, problem leży raczej w głowach piłkarzy, braku motywacji i błędnym ustawieniu drużyny, przez co trudno wykorzystać jej walory. Widzą to laicy – nie widzi tego trener. Ekipa mająca dwóch najszybszych na świecie skrzydłowych i wygrywająca tytuły dzięki grze z kontry (Puchar Króla i Liga Mistrzów w zeszłym roku) klepie atak pozycyjny jak Barcelona (tylko niestety bez jej umiejętności panowania nad piłką) i efekty są opłakane. Królewscy mieli wygrać wszystkie trofea – teraz cudem będzie, jeśli sezon zakończą chociaż z jednym. Ancelotti jest bliski powtórzenia niechlubnego „osiągnięcia” z finału LM w 2005 roku, gdy jego Milan do przerwy prowadził aż 3-0 z Liverpoolem, by ostatecznie przegrać tytuł. Teraz w 2014 roku Real bił rekordy strzeleckie, wygrywał 22 mecze z rzędu, miał Ligę na wyciągnięcie ręki, by w 2015 roku (po przerwie) wszystko roztrwonić. I to mimo nie najlepszej dyspozycji rywala. Oczywiście teoretycznie jeszcze wszystko może się odmienić, jeśli tylko Włoch odnajdzie magiczną różdżkę Harry’ego Pottera, ale póki co Real Madryt po tej kolejce powróci na swoje ulubione miejsce w tabeli – drugie za plecami Barcelony.


Minus meczu: Cristiano Ronaldo, Benzema, Marcelo, Kroos, Lucas Silva, Illarra, Jesé, Isco.


Komentarze internautów:

Obecnie zespół gra tak żałośnie, że ciężko mi przypomnieć sobie kiedy sprawiali mi równie wielki zawód. Nawet schyłek epoki Galácticos wyglądał lepiej, teraz po prostu prezentują w każdym meczu jakby szli na szafot. Też wierzę w drużynę, ale zdecydowanie nie w tej formie. Trzeba konkretnych zmian bo od 3 miesięcy kryzys się tylko pogłębia i doszło do tego, że w każdym meczu nasi zawodnicy przebiegają 10 km mniej od przeciwnika, a jedyne, na co nas stać z przodu, to gole po stałych fragmentach lub po przypadkowych akcjach. Jeżeli według niektórych nie jest to dobry powód do narzekań na drużynę i konstruktywną krytykę, to może chociaż się obudzicie jak Barcelona znowu nam wlepi „piątkę”.
Niestety, ale tego problemu nie rozwiąże się z dnia na dzień, ponieważ nie jest to problem kadrowy. Owszem, paru zawodników może i obniżyło loty, ale tym co mnie najbardziej niepokoi jest fakt, że nie potrafimy grać jako drużyna. Mamy olbrzymie dziury między liniami, piłkarze są mało dynamiczni, za mało podłącza się ich do akcji ofensywnych, w ogóle nie gramy pressingiem, a atak pozycyjny w wykonaniu Realu praktycznie nie istnieje. Jedyne, co nas ratowało w meczach z plackami w lidze to fakt, że obrona grała w miarę solidnie i zazwyczaj udawało się strzelić jakąś przypadkową bramkę. Na Villarreal czy też Athletic (o sąsiedzie zza miedzy nawet nie wspominam) to już nie wystarczyło.
Prawda jest taka, że jeśli Carlo nie poruszy tej drużyny oraz nie zmieni taktyki, to odpadniemy w następnej rundzie LM, a w lidze będziemy świadkami cudu, jeśli utrzymamy drugie miejsce. Pora ściągnąć różowe okulary, przyznać się, że gramy żałosny futbol na poziomie średniaka ligowego, zewrzeć szyki, przebudować drużynę i liczyć na to, że zaskoczymy, w przeciwnym wypadku sezon można spisać na straty.


Pisałem dwa tygodnie temu, że mecze z Villarreal i Athletic będą kluczowe w walce o mistrza. Pisałem, że oba te mecze będą ważniejsze od Gran Derbi. Pisałem, że musimy podejść do meczu z Barceloną z 4 pkt przewagą, aby mieć zachowany margines błędu. Zamiast 4 pkt przewagi, dzisiaj tracimy lidera i Barcelona odskakuje nam na 1 pkt. Wiedziałem, że mecz na San Mames będzie trudny, bo tam zawsze mieliśmy pewne problemy. Nigdy natomiast nie sądziłem, że stracimy pkt z Villarreal i to w dodatku na swoim boisku. To jest niedopuszczalne. Po remisie z drużyną Marcelino miałem nadzieję, że w meczu z Bilbao chłopaki zagrają z wielkim zaangażowaniem i sportową złością, aby pokazać, że żaden kryzys nie ma miejsca. Niestety! Zobaczyłem drużynę, którą oglądamy już od ponad 2 miesięcy. Bez pomysłu na grę. Bez błysku i elementu zaskoczenia. Bez zaangażowania i przekonania. Drużynę, która od początku roku gra ciągle utartymi schematami, której jedynym pomysłem na obronę rywala są bezsensowne zagrania na skrzydła i jeszcze gorsze wrzutki. Drużynę, w której większość kluczowych piłkarzy jest bez formy. Drużynę, w której ofensywni gracze wyglądają jak dzieci we mgle. Zobaczyłem drużynę, która jest w kryzysie, a jej trener nie potrafi tego zmienić, gdyż nie zna tego przyczyny i sam sprawia wrażenie bezradnego. Jakby żył w alternatywnej rzeczywistości.
Trzeba sobie jasno powiedzieć – jesteśmy w WIELKIM KRYZYSIE! Nie jest to spadek formy, który dopada każdego. Spadkiem formy można nazwać kilka słabszych meczów, po których jednak przychodzi znaczna poprawa gry i formy. Real od początku 2015 roku nie notuje żadnego progresu w swojej grze. Śmiem twierdzić, że jest coraz gorzej. Wymęczone zwycięstwa z ogórkami i porażki z lepszymi drużynami – to jest obraz obecnego Realu. Realu, który jeszcze jesienią był jak walec. Realu, który zanotował rekordowe 22 zwycięstwa z rzędu. Realu, który zachwycał swoją grą – bliską perfekcji. Nie potrafię zrozumieć, nie umiem racjonalnie wytłumaczyć, jak drużyna mogła się tak zmienić na przestrzeni kilku tygodni. Jak mogliśmy nagle zacząć grać tak beznadziejny futbol. Real z jesieni i ten obecny to dwie zupełnie inne drużyny. Nie rozumiem skąd aż takie różnice w naszej grze.
Ciężko to pisać, ale prawdopodobnie po raz kolejny przegrywamy ligę na własne życzenie. W zeszłym sezonie sytuacja miała się podobnie. Na 12 możliwych pkt w meczach z Barceloną i Atlético zdobyliśmy cały 1 pkt. Mimo to ciągle mieliśmy szanse na mistrza. Wystarczyło wygrać GD na Bernabéu, które jednak frajersko przegraliśmy. Później los dał nam drugą szansę, jednak porażka z Celtą oraz remisy z Valencią i Valladolid przekreśliły tę szansę. Wówczas potrafiłem to zrozumieć – głównym celem była Liga Mistrzów i Décima, którą dzięki Bogu cudem zdobyliśmy. Tłumaczyłem niepowodzenie w lidze – podobnie jak dzisiaj – krótką ławką oraz skupieniem sił na LM. Wystarczyło naprawdę niewiele, abyśmy cieszyli się z historycznego trypletu. Byliśmy krok od wygrania majstra, jednak frajersko daliśmy d*py na samym finiszu sezonu ligowego.
W obecnym sezonie sytuacja wygląda jeszcze gorzej. Otrzymaliśmy już wiele prezentów. Porażki Barcelony z Malagą, Celtą czy remis z Getafe nie zdarzają się co roku, tym bardziej powinniśmy je wykorzystywać. Jednak po raz kolejny tego nie uszanowaliśmy i na własne życzenie roztrwoniliśmy przewagę tracąc pozycję lidera, którą piastowaliśmy przez wiele kolejek. Za dwa tygodnie po Gran Derbi będzie po zawodach. Bo chyba nikt rozsądny nie przypuszcza, że Real w obecnej formie wygra z będącą na fali Barceloną i to w dodatku na Camp Nou. Z 4 pkt przewagi zrobią się 4 pkt straty i to na 10 kolejek przed końcem sezonu, w którym czekać nas będą jeszcze mecze z Sevillą, Valencią, Celtą oraz Malagą.


Zastanawia mnie jedna kwestia. Rywalizujemy z najsłabszą Barceloną od lat. Z Barceloną, którą szastają różne skandale na poziomie zarządu i najwyższych władz. Z Barceloną, która ma nowego niedoświadczonego trenera, wielu nowych piłkarzy oraz wprowadzany nieco inny styl gry. Rywalizujemy z Barceloną, którą teoretycznie powinniśmy zdystansować w tym sezonie ligowym. Jednak tego nie zrobiliśmy. Najlepszy Real od wielu lat, ozłocony zeszłorocznymi sukcesami, nie potrafi wypracować bezpiecznej przewagi nad najgorszą Barceloną od czasów Pepa, której wielu przepowiadało już absolutny koniec. To jest tragiczne.
Dla takiego klubu jak Real Madryt karygodnym i niedopuszczalnym jest wygrywanie Ligi Hiszpańskiej raz na 4 lata.
Era Barcelony trwa nadal, trzeba sobie to uświadomić i niestety zaakceptować. Wszyscy ogłaszali jej koniec po odejściu Guardioli. Tymczasem przyszedł Tito i od razu zdobył mistrza. Przyszedł Martino i był o krok od zdobycia mistrza, którego przegrał w ostatniej kolejce ligowej. Przyszedł Luis Enrique i ma ogromne szanse na dublet. Puchar Króla mają praktycznie w kieszeni. W lidze też są faworytami. Mało tego – przy obecnej formie Realu i Bayernu, wyrastają na głównego faworyta do wygrania Ligi Mistrzów.
Real od kilku lat ogląda plecy Barcelony na wszystkich frontach. Roztrwonił już przewagę w ilości zdobytych pucharów, którą klub wypracował przez cały XX i początek XXI wieku. Przed erą Guardioli stosunek wyglądał następująco:
Trofea europejskie i międzynarodowe: 15 – 11 dla Realu.
Mistrzostwo Hiszpanii: 31 – 18 dla Realu.
Wszystkie trofea krajowe (Liga, PK, SPH): 57 – 51 dla Realu.
Wszystkie trofea: 72 – 62 dla Realu.
Dzisiaj sytuacja wygląda tak:
Trofea europejskie i międzynarodowe: 18 – 17 dla Realu.
Mistrzostwo Hiszpanii: 32 – 22 dla Realu.
Wszystkie trofea krajowe (Liga, PK, SPH): 60 – 59 dla Realu.
Wszystkie trofea: 79 – 78 dla Realu.
Jaki z tego wniosek? Barcelona w ostatnich latach nas dystansuje i goni na wszystkich frontach! Przez ostatnie 7 lat czyli od ery Guardioli stosunek wszystkich pucharów wygląda tak: 16 – 7 dla Barcelony! A rok temu było to nawet 16-3! A w tym sezonie zapewne jeszcze dołożą kolejne trofea. Czemu przytoczyłem taką statystykę? Bo dla kibica, który pamięta jeszcze czasy prezesa Lorenzo Sanza, który pamięta pierwszą erę Galácticos, pamięta nadany tytuł najlepszego klubu XX wieku, powyższe zestawienie jest ogromną zadrą w sercu. I kiedy, jak nie teraz, powinniśmy je zmieniać?


Po wczorajszym meczu wybitnie rzuciły się w oczy typowe błędy Realu:
1. BBC to w tej chwili kabaret, bez polotu, bez finezji i zgrania. Wymienienie 3 podań między zawodnikami ataku w Realu Madryt obecnie graniczy z cudem. Stoją jak pachołki pod polem karnym. Nie można tak grać. Takie rzeczy przechodziły mając w skladzie Lukę, który świetnie stosuje pressing i umie stworzyć różnicę na boisku, czy Jamesa, bo ci dwaj zawodnicy potrafią łączyć linię pomocy z linią ataku.
2. W ten sposób przechodzimy do punktu 2, gdzie razi w oczy odleglość między liniami w Realu. Co my chcemy ugrać, gdy atakujący stoją na granicy spalonego, Kroos przy obrońcach, a Illarra/Lucas klepią piłkę między Carvajalem a Tonim i na tym ich rola się kończy? Wszystko musi iść przez Isco, co jest nie do zrobienia, bo każdy lepszy przeciwnik wystawi na Isco krycie i pozamiatane. Ten 3 razy na mecz uwolni się magicznym dryblingiem, ale chyba nikt nie będzie w tym upatrywał taktyki na mecz!
3. Pozycja Kroosa – tu nie ma co dużo się rozpisywać: wielki talent, ogromny przegląd pola, „8-ka” na lata, z Luką mogą rozklepać praktycznie każdego przeciwnika w środku boiska. Jest tu jeden mankament. Nie jest to defensywny pomocnik i chociażby Carlo go tam uparcie 4 lata ustawiał, to nie ma k**wa możliwości, nie zrobi z niego jakiegoś Maticia. Gra defensywna na tej pozycji to w żadnym wypadku nie temat dla Kroosa. Maskuje to niesamowita inteligencja w grze, ale wczoraj nie dało już rady i zobaczyliśmy wszyscy (pewnie tylko poza Ancelottim), że Toni musi grać wyzej, a już na pewno, kiedy nie ma 2 graczy w kadrze z największym polotem rozgrywania akcji (Luka i James).
4. Tutaj chciałbym poruszyć temat rozgrywania akcji przez Real, ale nie będę się rozpisywał o taktyce wrzutek przez bocznych obronców, bo każdy sam sobie epitety w głowie przetacza na ten temat.
5. Wczorajszy mecz pokazał też, że tyle samo zamieszania w obronie rywali co całe BBC zrobił… Pepe. Wywalczył rzut rożny, wykonał 3 wrzutki z boku boiska. To świadczy dobitnie o poziomie prezentowanym przez najdroższy atak świata. Kabaret.
6. Wczoraj nasze najlepsze akcje (nie liczę strzału Bale’a z połowy) padły po wymienieniu kilku podań z pierwszej piłki między Benzemą a Isco w środku pola (to czasem wychodzi, więc po co napie****ać te dośrodkowania cały czas?!) oraz po „kontrze”.
7. Kontry Realu obecnie są na poziomie gry Ronaldo. Po prostu żałosne, wolne, bez polotu i jednostkowe. Kontra Realu obecnie liczy 2/3 zawodników. WSTYD! Jeszcze sezon temu kontra oznaczała sprint 5 graczy przez całe boisko. Teraz jak widzę kontrę i zawodnika np. Isco, Illarra, Benz, Kroos czy Marcelo, który poda piłkę i STOI w miejscu, a nie zapier*** za akcją, to krew mnie zalewa. Coś takiego to robią osoby palace papierosy na orliku, bo płuca już nie te i to zrozumiem, ale nie faceta, którego życie to sport i dostaje jeszcze za to niewyobrażalne wynagrodzenie!
8. Cristiano Ronaldo bądźmy realistami, fenomenalny zawodnik, ale obecnie to Ronaldo jest najlepszy na świecie w wykańczaniu akcji najwyżej. Robi to bardzo dobrze, odnajduje się w polu karnym, ale problem pojawia się, gdy nie ma mu kto dograć. Rzuty wolne to ośmieszanie się z każdym kolejnym strzałem, uderzenia z dystansu to już nie jego konik, a tylko łut szczęścia, czy poleci w bramkę.
9. Gareth Bale, dobry grajek, ale przyczepioną ma łatkę następcy Ronaldo, a nie oszukujmy się, poziom nie jest ten w żadnym wypadku. Ronaldo w wieku Bale’a to już był absolutny crack, który zadziwiał piłkarski świat, podobnie Messi. Wiem, że Bale to najlepszy piłkarz PL z czasów gry w Londynie, ale proszę was… oglądam PL od wielu lat i żaden to argument. Jest bardzo dobry, ale niestety żadna z niego perła, na której można budować grę zespołu takiego jak Real. To się sprawdzi w Tottenhamie, nie u nas.
9. Ławki rezerwowych w Realu nie ma. Może byłaby, gdyby trener inaczej zarządzał piłkarzami. Muszą być rotacje, a zmiennicy muszą czuć ten głód walki o podstawową 11. Jak słyszę przy temacie transferów, że po co nam „Pogba, Reus, Verratti” czy ktokolwiek inny, kogo tam nazwisko w pada w madryckich szmatławcach i nie tylko, to mam wrażenie, że zgubiliście sens piłki noznej. Ten sport to rywalizacja, jeżeli facet decyduje się na przejście do najlepszej drużyny świata to po to, żeby w niej wywalczyć miejsce w podstawowej 11, a nie siedzieć na ławce. Wy nie macie dbać o ich samopoczucie i troszczyć się, jak on zniesie przesiadywanie na ławce. Po to się ściąga graczy pokroju Pogby czy Reusa, żeby stworzyć rywalizację. Ci goście zarabiać będą astronomiczne sumy właśnie za podejmowanie się takich wyzwań. Jeżeli facet będzie siedział na ławie to dlatego, że nie umie się wybić, a to pokazuje, że się nie nadaje do 11. Jeżeli przyjdzie i swoją grą udowodni wartość, to posadzi jakiegoś kołka na ławę i będzie w podstawowym składzie biegał. Proste i logiczne, to nie Caritas żeby im współczuć, my jesteśmy od wymagania, oni od grania, a Carlo od zarządzania.

Reasumujac problem jest olbrzymi od zarządzania drużyną, po taktykę, kontuzje, ławkę rezerwowych (a raczej jej brak), podejście trenera, formę zawodników, nie bójmy się użyć stwierdzenia – tragicznego Ronaldo. Nadmuchiwali balonik i on po prostu pękł od KMŚ. Najgorszy jest jednak brak perspektyw na poprawę póki co. Nie widać żadnego progresu w grze zawodników, zmian taktyki czy ustawienia.
„Koszulka Realu Madryt jest biała. Można ją splamić błotem, potem, a nawet krwią, ale nigdy hańbą” – gdzie się podzialy takie wartości w tej drużynie? Mam nadzieję, że jak najszybciej zajdą zmiany i coś zaskoczy, żebyśmy mogli obserwować jedynie postępy zarówno w grze, jak i zarządzaniu drużyną. Liczę, że Real Madryt znowu będzie grał jak na KRÓLEWSKICH przystało. Hala Madrid!

Udostępnij
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  

Post Author: Sławek

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Potwierdź, że nie jesteś automatem: