BLACK SABBATH 13

Black Sabbath 13 recenzja Osbourne Iommi ButlerBLACK SABBATH
13
2013
altaltaltaltalt

Na to wydarzenie miłośnicy ciężkiego rocka czekali 35 lat! Black Sabbath, najważniejszy w historii muzyki zespół hardrockowy, powrócił w oryginalnym składzie, z gitarzystą Tonym Iommim, basistą Geezerem Butlerem i przede wszystkim wokalistą Ozzym Osbournem. Zabrakło jedynie Billa Warda (panowie się ostatecznie nie dogadali), ale w nagraniach skutecznie zastąpił go Brad Wilk (perkusista Rage Against The Machine i Audioslave). Album 13, który wczoraj miał swoją światową, a dzisiaj polską premierę, to pierwszy studyjny krążek zespołu od 18 lat. „To album, który powinniśmy byli nagrać po Sabbath Bloody Sabbath”, podsumował w swoim stylu Ozzy. Ma rację. Płyta z 1973 roku to ostatni z wielkich albumów Black Sabbath. 5 lat później, po wydaniu Never Say Die!, drogi muzyków rozeszły się, a Black Sabbath pod wodzą Iommiego z całą masą ciągle zmienianych muzyków i wokalistów, nigdy nie odzyskał należnego mu blasku. Aż do dzisiaj. To wydawało się nieprawdopodobne, bo takie powroty, zwykle robione dla kasy, rzadko się udają. Weterani zrobili to w wielkim stylu. Black Sabbath powrócił, pozamiatał i znów jest wielki.
   Czy opisywanie każdego z utworów jest potrzebne? Myślę, że nie. Informacja, że zachowano klimat i poziom pierwszych płyt zespołu, mówi wszystko. Są soczyste riffy Tony’ego i gęsty, basowy szlif Geezera, Książę Ciemności śpiewa naprawdę nieźle (jak na jego lata i nieuleczalne nałogi niszczące głos), zaś Brad gra z takim feelingiem, jakby od lat był członkiem kapeli. Odpowiedzialny za produkcję guru konsolety Rick Rubin (m.in. Beastie Boys, Slayer, Red Hot Chili Peppers, Metallica, AC/DC, Rage Against The Machine) zadbał, by wszystko brzmiało współcześnie i wyraziście – tak oto powstał najlepszy krążek zespołu od 40 lat. Ciężki, ponury, mroczny, posępny – dokładnie taki, jaki powinien być. Niezwykle spójny i celowo jednostajny. Pełen nawiązań do przeszłości (głównie do fantastycznego debiutu), choćby Loner oparty na riffie do złudzenia przypominającym N.I.B., delikatny Zeitgeist będący niemal kopią Planet Caravan ze słynnego Paranoid (gitara akustyczna, bębenki i zniekształcony głos) czy ostatni na płycie, fantastycznie energetyczny Dear Father, zakończony tą samą burzą z kościelnymi dzwonami, która rozpoczyna krążek z 1970 roku. Fantastycznie wymyślona klamra, która usprawiedliwia pytanie zadane w pierwszych słowach albumu: „Czy to koniec początku? A może początek końca?”. Ja określę to tak: to koniec marazmu, poszukiwania muzyków, tworzenia przeciętnych albumów, a zarazem początek nowego starego Black Sabbath, z licencją na zabijanie. Każdy numer z 13 powala. Nie tempem, bo muzycy nigdy się nie ścigali. Przytłacza swą potęgą. To hardrockowy walec, miażdżący wszystko po drodze. Czasami monumentalny i dostojny, jak w dwóch początkowych numerach End Of Beginning i singlowym, trwającym – bagatela! – 9 minut, apokaliptycznym God Is Dead? (w którym Ozzy ostatecznie stwierdza, że Bóg jednak nie umarł), czasami klasycznie wirtuozerski jak w genialnym Age Of Reason czy 8-minutowym Damaged Soul, który Geezer Butler określił jako „satanic blues”. Nawet trzy kompozycje dodane w rozbudowanej wersji albumu to nie jakieś nudne odrzuty, ale utwory na poziomie reszty wydawnictwa. Drodzy Państwo: czapki z głów!
   Black Sabbath nowym albumem nie odkrywają niczego nowego. Nie muszą. Oni ponad 40 lat temu wyprzedzili swoją epokę – teraz jedynie kontynuują to, co kiedyś przerwali. Robią to w najlepszym możliwym stylu. Z hukiem i z klasą, a to dość trudna mieszanka. Co najważniejsze, są w tym bardzo wiarygodni. Mistrzowie potwierdzili klasę i rzucili wyzwanie licznym naśladwocom: teraz spróbujcie nam dorównać.
Udostępnij
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  

Post Author: Sławek

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Potwierdź, że nie jesteś automatem: