NEIL YOUNG & CRAZY HORSE Psychedelic Pill

Neil Young Crazy Horse Psychedelic Pill recenzjaNEIL YOUNG & CRAZY HORSE
Psychedelic Pill
2012

Młody Neil na Szalonym Koniu oferuje Psychodeliczną pigułkę – jak Wam się to podoba? Neil Young jest niczym wino – mając takie nazwisko nie wypada się starzeć. Stary wyga właśnie wydał jedną ze swoich najlepszych płyt. I to zupełnie niespodziewanie, bo przecież zaledwie kilka miesięcy temu ukazała się nudna jak flaki z olejem Americana. To miał być wielki powrót po prawie 10 latach do współpracy z zespołem Crazy Horse. Wyszło jak wyszło, są tacy, którym się ten album podobał, którzy biorą Neila Younga w ciemno. Mam przyjaciela w Krakowie, który uwielbia faceta, i kiedys pożyczył mi wszystkie płyty do przesłuchania. Nie powiem, stworzyłem z tego całkiem interesujący zestaw nagrań. Niemniej daleko mi do fana. Doceniam klasę Neila Younga, ale za dużo na jego płytach nudziarstwa i smędzenia. Taka właśnie była Americana. Nijaka, bez wyrazu. Grali, grali, ale nawet przez moment nie było w tym magii. Nie podejrzewałbym aż takiej weny twórczej, że w tym samym roku dostaniemy kolejny album, i to jaki! Do tego podwójny! O ile Americana zawierała kompozycje folkowych mistrzów (może dlatego było tam tak mało prawdziwego Younga!), o tyle teraz artysta proponuje wyłącznie autorskie kompozycje.
   Gdy zobaczyłem czasy utworów, myślałem, że to jakiś błąd. Nic podobnego. Poza pięcioma krótszymi wypełniaczami (lepszej i gorszej jakości) mamy trzy koronne kompozycje, które łącznie trwają… ponad godzinę! Okazało się, że można zagrać 16-, a nawet 27-minutowe kompozycje tak, że się nie nudzą mimo powtarzania jednej figury rytmicznej. No może te 27 minut to lekka przesada – otwierający płytę Driftin’ Back mógłby być krótszy, ale tak naprawdę dobrze się tego slucha. To nie Bob Dylan, który na płycie Tempest przez 14 minut wałkuje jeden motyw, i tak naprawdę trudno to wytrzymać. Tutaj dzieje się znacznie więcej. Zażywając tę Psychodeliczną pigułkę wpadamy w trans razem z artystą i jego zespołem. To na wskroś rockowa, ale jednocześnie bardzo kojąca muzyka, głównie za sprawą delikatnego głosu Neila (tu znowu kontrast do chrypiącego Dylana). Brudne gitary nadają niepowtarzalny klimat tej niezwykle przestrzennemu, gitarowemu graniu. Słychać to świetnie w Romada Inn, ale przede wszystkim w Walk Like A Giant – obydwu 16-minutowych kompozycjach. To taki Young, jakiego uwielbiam. To taki album, jakiego już się nie spodziewałem, bo przecież najlepsze lata stary lis ma dawno za sobą. Chyba trzeba będzie zweryfikować ten pogląd. Ale jeśli ktoś nie zna twórczości Kanadyjczyka, to nie powinien zaczynać przygody z weteranem od tego wydawnictwa. Zresztą – jest w czym wybierać. A jego numer czterdzieści i cztery – dokadnie tyle lat minęło od pierwszej solowej płyty, a Pyschedelic Pill to 35 studyjny album artysty. To raczej miła niespodzianka dla fanów, ale nieprzyzwyczjeni mogą się znudzić takimi długasami. Zwłaszcza w dzisiejszych, szybkich czasach. Dla mnie bomba.
Udostępnij
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  

Post Author: Sławek

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Potwierdź, że nie jesteś automatem: