BOB DYLAN Tempest

Bob Dylan Tempest recenzjaBOB DYLAN
Tempest
2012

Latka lecą, a Robert Allen Zimmerman ciągle śpiewa tak samo. Może głos już nie ten, bardziej zmęczony i zachrypnięty, ale to nie dziwi po morzu wypitego alkoholu i 50 latach śpiewania. Tak, tak, właśnie minęło pół wieku od debiutu płytowego amerykańskiego barda, pisarza i poety rocka, znanego światu pod pseudonimem Bob Dylan. Artysta w najlepszy możliwy sposób uczcił ten zacny jubileusz – wydał nową płytę i udowodnił, że mimo 70-tki na karku, do muzycznej emerytury jeszcze mu daleko.
   Ja zawsze bardziej od tekstu ceniłem muzykę i dlatego nigdy nie byłem wielbicielem Dylana, choć zawsze go szanowałem jako twórcę. Po prostu nie trafiał do mnie ze swoim przekazem. Twierdziłem, że powinien raczej publikować wiersze, bo nigdy nie był dobrym wokalistą, a brzdąkanie na gitarze stanowiło jedynie tło dla jego tekstów. Owszem, ważnych tekstów, ale co z tego. Od czasu płyty Slow Train Coming zacząłem nieco uważniej słuchać Dylana i choć nadal nie jestem fanem, potrafię docenić go za klimat, który potrafi wytworzyć swoimi piosenkami. Klimat ten jest wszechobecny także na albumie Tempest, z pewnością jednym z najlepszych w jego bogatej dyskografii. Już na samym początku przecierałem oczy ze zdumienia patrząc na czasy utworów. Trzy razy ponad 7 minut? Raz 9? Raz prawie 14? Nie do wiary. Cztery piosenki z Tempest trwają więcej niż całe jego płyty z lat 60. Czy będzie się w nich coś muzycznie działo, czy tylko tekst był za długi? Niestety, nie dzieje się wiele, ale to żadna nowina. I w przypadku tej płyty wcale nie zarzut. Bo monotonia jest jej atutem. Nagrania posiadają wspaniały, mroczny klimat, a zniszczony głos mistrza idealnie pasuje do zaserwowanego nam staroświeckiego folk rocka. Dylan pozostaje sobą, ale dawno nie był w tak dobrej formie. Wprawdzie nie podchodzi mi otwierający całość, singlowy Duquesne Whistle, trącący za bardzo Tomem Waitsem, którego zupełnie nie trawię, ale reszta już jest znacznie lepsza. Czy to piękna ballada Soon After Midnight, rozpędzone country w Narrow Way, bluesowe Early Roman Kings z akordeonem Davida Hidalgo z grupy Los Lobos czy poświęcony Lennonowi, delikatny Roll On John na samym końcu albumu. Prawdziwe perełki zachowałem na koniec. Pay In Blood ze znakomitą partią gitary elektrycznej, piękny 7-minutowy blues Scarlet Town i mroczny, minimalistyczny Tin Angel, opowiadający o zbiorowym samobójstwie. Ten utwór potrafi zahipnotyzować, chociaż muzycznie powtarza przez 9 minut tę samą figurę rytmiczną. Na koniec zostawiłem utwór tytułowy. Tempest to rozbudowana, epicka opowieść o tragedii Titanica, o okrucieństwach, do jakich gotowi są ludzie rozpaczliwie walczący o życie. Ponownie mamy jeden motyw, tym razem snujący się prawie przez 14 minut. Chyba trochę za długo…
Czy po tej płycie bardziej polubię Dylana? Nie. Ale nadal go szanuję. Nie sądzę, by przekonał do siebie duże grono nowych słuchaczy. Bob Dylan nagrywa dla tych, co go lubią i rozumieją, a jest ich wystarczająco dużo. Nie musi podążać za modą, może pozostać sobą i grać na totalnym luzie, jakby przygrywał w jakiejś amerykańskiej przydrożnej knajpie w latach 50., a nie nagrywał nowy album w XXI wieku. To jest prawo wielkich. Oczywiście nie wszystkie dokonania Dylana są wielkie. Ma więcej płyt słabych i nijakich niż tych ważnych i dobrych. Tempest należy jednak do tej drugiej grupy.
Udostępnij
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  

Post Author: Sławek

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Potwierdź, że nie jesteś automatem: