MARK KNOPFLER Privateering

Mark Knopfler Privateering recenzjaMARK KNOPFLER
Privateering
2012

Mark Knopfler nie wymaga rekomendacji. To jeden z najlepszych gitarzystów świata i lider grupy Dire Straits (ponad 100 mln sprzedanych płyt), która przez kilkanaście lat działalności dostarczyła nam wielu przebojów i równie wielu wzruszeń. Kocham Knopflera za Brothers In Arms i ogólnie za klimat nagrań jego zespołu, jednak tamte czasy minęły i możemy je jedynie z rozrzewnieniem wspominać. Po rozwiązaniu Dire Straits Mark Knopfler poświęcił się karierze solowej, udzielając się zarazem w niezliczonych projektach innych artystów. Pozostał refleksyjny i nostalgiczny, ale nie da się ukryć, że to już trochę inna muzyka. Podobnie jest na najnowszym wydawnictwie, pierwszym dwupłytowym albumie artysty. Fani się ucieszą, że dostali aż 20 nowych piosenek. Pozostali mogą trochę przysypiać podczas ich słuchania. Dużo folku, sporo country, trochę bluesa – taki jest Mark Knopfler od dawna. Także na Privateering dominują akustyczne smutasy, wspomagane ozdobnikami w wykonaniu licznych gości. Jednak brakuje kwintesencji – za mało magicznej, urzekającej gitary mistrza. W solowych utworach brak tych elementów, które stanowiły o wielkości Dire Straits, do tego jednak już się przyzwyczailiśmy. Jest poprawnie, ale nic więcej, chociaż to i tak najlepsze z jego solowych dokonań. Brak błysku, odrobiny szaleństwa, czegoś niekonwencjonalnego. W utworze Ride Across The River ze wspomnianego Brothers In Arms muzycznie dzieje się więcej niż na całym Privateering. O melodiach i gitarze na miarę Brothers In Arms czy hitach typu Money For Nothing nawet nie ma co marzyć. Oczywiście są tu piękne piosenki i ładne momenty, ale toną pośród innych, niezbyt wciągających kompozycji. Z pewnością jako pojedyncze wydawnictwo Privateering byłby znacznie lepszy, nawet bardzo dobry. Jak dla mnie stanowczo za dużo tu country, do którego Knopflera zawsze ciągnęło, ale i tak album doskonale pasuje na nadchodzące jesienne wieczory. Pozwala nieco zwolnić w naszym zagonionym życiu i zadumać się. Momentami naprawdę urzeka. Moi faworyci to Blood And Water (gitara! jest wreszcie TA gitara! ale gdy się robi całkiem fajnie, to utwór się wycisza – stanowczo za szybko), dynamiczniejszy Gator Blood, przy którym można się nieźle zabawić, singlowy Redbud Tree, przepiękny Bluebird i zdecydowany numer jeden, w klimacie dokonań Dire Straits Go, Love.
   Dobrze, że Mark Knopfler pozostał sobą, gra i śpiewa to, co sprawia mu przyjemność i nie musi robić niczego na siłę z myślą o sukcesie komercyjnym. Ten już dawno osiągnął. Z tantiemów ma swoje money for nothing i może smędzić do woli. I dobrze!
Udostępnij
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  

Post Author: Sławek

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Potwierdź, że nie jesteś automatem: