
El Clásico. Klasyk. Nie bez powodu taka nazwa. To najważniejszy i najpopularniejszy mecz ligowy świata. Spotkanie Realu Madryt z Barceloną oglądają wszyscy, nawet jeśli czasy rywalizacji Cristiano Ronaldo z Messim już dawno przeszły do historii. Dzisiaj mamy Mbappé i Yamala. Mamy Raphinię i Viníciusa (jego akurat w tym meczu nie mamy, bo jest zawieszony za swoją głupotę). No właśnie – tutaj ważny jest też kontekst, a jest on następujący. Real nie wygrał niczego od dwóch lat, co dla takiego klubu jest nieakceptowalne. Zmieniano trenerów jak rękawiczki, po Ancelottim był Xabi Alonso, Álvaro Arbeloa, teraz przyszedł José Mourinho, i nic to nie pomogło. Drużyna za miliard € nadal gra jak ligowy średniak. Tymczasem Barcelona prowadzona trzeci rok przez Hansiego Flicka gra jak z nut i jedzie jak walec. Katalończycy wygrali wszystkie 9 meczów, wyprzedzają madrytczyków o 6 punktów i pewnie zmierzają po trzeci ligowy tytuł z rzędu. Blaugrana roznosi rywali w pył strzelając każdemu po 4, 5 bramek, podczas gdy Real wymęczał swoje wygrane, a potem przegrał z Betisem i w żenującym stylu derby z Atlético (tak żenującym, że nawet o tym nie pisałem, bo chociaż decyzje sędziego były skandaliczne, nie usprawiedliwia to mizerii gry Los Blancos). Na Camp Nou powszechnie prorokowano manitę (5 goli), niczym 16 lat temu podczas debiutu Mourinho. Mówiono, że maszyna Flicka wybije Realowi z głowy jakiekolwiek marzenia o mistrzostwie. Bo przy 9 punktach straty La Liga byłaby praktycznie rozstrzygnięta. Już w październiku! Byłby to kolejny z rekordów Mourinho. Ale nie takich rekordów oczekuje Madryt. Warto jeszcze dodać, że odkąd Hansi Flick objął stery w Katalonii, z siedmiu Klasyków Real wygrał tylko jeden, 2-1 za czasów Xabiego Alonso. Resztę przegrał tracąc 22 bramki.
Taki był kontekst wczorajszego Klasyku. Wprawdzie ostatnio coś drgnęło – Real wygrał trzy mecze z rzędu aplikując rywalom po 4 gole (co powinno być normą, ale nie jest). Prasa pisała, że Królewscy łapią oddech, praca Portugalczyka przynosi efekty, a drużyna (bez Viníciusa) gra zespołowo i atrakcyjnie. Nadzieje na pozytywny wynik w El Clásico odżyły tym bardziej, że Barcelona przegrała w Paryżu. Ale pamiętajmy, że Paris Saint-Germain to mistrzowie Europy, bezapelacyjnie najlepiej obecnie grająca drużyna świata, natomiast Sevilla i Lipsk nie zawiesiły wysoko poprzeczki Realowi, a mecz z Romą wygrany 4-3 przez 75 minut był koszmarny i dopiero rzut na taśmę zmienników odwrócił jego losy (trzy gole po rzutach rożnych w 8 minut). Więc prawdziwy test formy ekipy Mourinho miał nadejść dopiero w Barcelonie. I nadszedł…
Wbrew logice i wszelkim prognozom Real Madryt wygrał na Camp Nou! Za to kochamy futbol – nigdy nie wiadomo, co się wydarzy. Madrytczycy zwyciężyli 2-1 po dwóch golach Mbappé, ale nie Francuz był główną gwiazdą wieczoru. Była nią cała drużyna i jej trener José Mourinho. Z powodu grypy zabrakło Courtois, najlepszego bramkarza świata – doskonale zastąpił go Łunin. Yamala z gry wzorcowo wyłączył Cucurella, po drugiej stronie hasał Valverde. Huijsen i Konaté stanowili mur nie do przebicia. Tchouaméni z Silvą rządzili środkiem pola, Güler posyłał ciasteczka, Bellingham dołożył pracę i poświęcenie, Mbappé gole, a najefektowniej grał 19-letni Diomandé. Iworyjczyk robił to, czego nie potrafił Yamal. Przypomniał się młody Vinícius, który był równie bezczelny, tylko nie tak skuteczny. Tu wypada podziękować Brazylijczykowi, że się wykluczył z kilku spotkań, bo bez niego Real gra dużo lepiej. Pierwszy gol Los Blancos był nieco przypadkowy, ale drugi, strzelony w samej końcówce, to piłkarskie arcydzieło gry zespołowej, gdzie główną rolę odegrał rezerwowy i wyrzucany przez kibiców Camavinga. Honorowe trafienie Raphinii niewiele zmieniło – Real był lepszy, bardziej konkretny, a taktycznie Mourinho zjadł Flicka. Oczywiście Barcelona jest nadal liderem La Ligi, ma 3 punkty przewagi, ale Królewscy wrócili do gry. I to jest najważniejsze. Dalej będą emocje, a walka rozgorzeje na nowo. Rok temu po Klasyku (też wygranym 2-1) Real miał 5 punktów przewagi, potem to wszystko roztrwonił w kilka tygodni. Teraz liczę na odwrotny scenariusz.
