MUSE The Wow! Signal 2026

Muse Wow Signal

Niedawno ukazał się nowy album zespołu Muse zatytułowany The Wow! Signal. Wszystko się zgadza, panowie wydają płyty regularnie, co cztery lata. Tytuł nawiązuje do sygnału spoza Układu Słonecznego odebranego w 1977 roku, więc wszyscy zgodnie mówią o kosmosie, space rocku, powrocie do korzeni, i ogólnie zachwycają się krążkiem, że najlepszy od wielu wielu lat, itd. Ja jakoś nie potrafię, nie trafia to do mnie. Płyta jest niezła, taka w stylu Muse, ale wolałem poprzednią Will Of The People, bo była bardziej konkretna. Matt Bellamy nigdy nie tworzył prostych melodii, i nie o to tutaj chodzi, ale stopień skomplikowania nowych utworów to już naprawdę wyższa szkoła jazdy. No to jedziemy…

Zabawnie brzmi fakt, że ja narzekam na brak wyrazistości, a grupa aż 6 z 10 piosenek wydała na singlach. Czyli wierzyła, że staną się hitami? Serio? Niewiele zabrakło do rekordu Michaela Jacksona, który swój słynny album Thriller niemal w całości wydał na małych płytkach (aż 7 singli tam było, a utworów w sumie 9). Napiszę więc, co mi się podoba. Trzy nagrania, te najbardziej konkretne. Najlepsze dostajemy od razu na starcie. Otwierający zestaw The Dark Forest nie bez powodu kojarzony jest z hitem sprzed 20 lat Knights Of Cydonia – podobny galopujący puls utworu, jednak dzieje się tu o wiele więcej. Gotycki klimat, mroczne chóry, symfoniczne smyczki, elektroniczny bas, progmetalowa gitara, jak można zmieścić tyle w 5 minut? Można. To jest esencja stylu Muse. Majstersztyk. Drugi godny uwagi utwór to Hexagons, dzieło absolutnie progresywne, które już na początku rozwala system minutową solówką Bellamy’ego, oferuje wiele zmian rytmu, a w finale rozpędza się gładko przechodząc w The Sickness In You & I, taki trochę rozładowujący napięcie funkowo-metalowy numer z wyrazistym riffem i mocnym basem. Chwilami pachnie mi to Rammsteinem, który zawsze mnie kręcił, więc i Muse w tej postaci mi się podoba. Od biedy jeszcze bym wspomniał Nightshift Superstar, bardzo przebojowy, chyba najlepszy z tych wydanych na singlach. Może nieco zbyt popowe to jest, takie trochę wyluzowane disco, funk, synthpop, coś a la Daft Punk z dominującym basem i Bellamym śpiewającym falsetem. Ojej.

Reszta kompletnie do zapomnienia, łącznie z rozmemłanymi balladami, których nie trawię w ich repertuarze. Ale cztery utwory wymieniłem, jest jeszcze intrygująca współpraca z Ellie Goulding w utworze Hush, więc w sumie nie ma się czego wstydzić, ani czym zachwycać. Ot po prostu kolejny dzień w pracy, kolejny niezły krążek nietuzinkowego zespołu, jakim był, jest i zawsze będzie Muse. Ode mnie trzy gwiazdki. Ale w sumie naprawdę mocne trzy.

Moja ocena 3/5

Udostępnij

Post Author: Sławek

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Potwierdź, że nie jesteś automatem: