
Niedawno ukazał się nowy album zespołu Muse zatytułowany The Wow! Signal. Wszystko się zgadza, panowie wydają płyty regularnie, co cztery lata. Tytuł nawiązuje do sygnału spoza Układu Słonecznego odebranego w 1977 roku, więc wszyscy zgodnie mówią o kosmosie, space rocku, powrocie do korzeni, i ogólnie zachwycają się krążkiem, że najlepszy od wielu wielu lat, itd. Ja jakoś nie potrafię, nie trafia to do mnie. Płyta jest niezła, taka w stylu Muse, ale wolałem poprzednią Will Of The People, bo była bardziej konkretna. Matt Bellamy nigdy nie tworzył prostych melodii, i nie o to tutaj chodzi, ale stopień skomplikowania nowych utworów to już naprawdę wyższa szkoła jazdy. No to jedziemy…
Zabawnie brzmi fakt, że ja narzekam na brak wyrazistości, a grupa aż 6 z 10 piosenek wydała na singlach. Czyli wierzyła, że staną się hitami? Serio? Niewiele zabrakło do rekordu Michaela Jacksona, który swój słynny album Thriller niemal w całości wydał na małych płytkach (aż 7 singli tam było, a utworów w sumie 9). Napiszę więc, co mi się podoba. Trzy nagrania, te najbardziej konkretne. Najlepsze dostajemy od razu na starcie. Otwierający zestaw The Dark Forest nie bez powodu kojarzony jest z hitem sprzed 20 lat Knights Of Cydonia – podobny galopujący puls utworu, jednak dzieje się tu o wiele więcej. Gotycki klimat, mroczne chóry, symfoniczne smyczki, elektroniczny bas, progmetalowa gitara, jak można zmieścić tyle w 5 minut? Można. To jest esencja stylu Muse. Majstersztyk. Drugi godny uwagi utwór to Hexagons, dzieło absolutnie progresywne, które już na początku rozwala system minutową solówką Bellamy’ego, oferuje wiele zmian rytmu, a w finale rozpędza się gładko przechodząc w The Sickness In You & I, taki trochę rozładowujący napięcie funkowo-metalowy numer z wyrazistym riffem i mocnym basem. Chwilami pachnie mi to Rammsteinem, który zawsze mnie kręcił, więc i Muse w tej postaci mi się podoba. Od biedy jeszcze bym wspomniał Nightshift Superstar, bardzo przebojowy, chyba najlepszy z tych wydanych na singlach. Może nieco zbyt popowe to jest, takie trochę wyluzowane disco, funk, synthpop, coś a la Daft Punk z dominującym basem i Bellamym śpiewającym falsetem. Ojej.
Reszta kompletnie do zapomnienia, łącznie z rozmemłanymi balladami, których nie trawię w ich repertuarze. Ale cztery utwory wymieniłem, jest jeszcze intrygująca współpraca z Ellie Goulding w utworze Hush, więc w sumie nie ma się czego wstydzić, ani czym zachwycać. Ot po prostu kolejny dzień w pracy, kolejny niezły krążek nietuzinkowego zespołu, jakim był, jest i zawsze będzie Muse. Ode mnie trzy gwiazdki. Ale w sumie naprawdę mocne trzy.
Moja ocena 3/5
