
Panowie z Deep Purple mocno się uaktywnili na stare lata. Wydają album za albumem, co z jednej strony musi cieszyć, bo to jedna z największych legend rocka i fajnie, że nadal tak aktywna mimo 80-tki na karku, z drugiej zaś wszystkie te płyty stanowią problem dla mnie jako recenzenta. Bo nie lubię chwalić za samą nazwę czy chęci, bo nie zamierzam dawać taryfy ulgowej za to, że kiedyś byli wielcy. Tak robi wielu redaktorów. Bezmyślnie dają najwyższe noty średnim płytom, bo jest kilka dobrych solówek, a brzmienie powoduje nostalgię za latami 70. Skoro tak, to jak byście panowie ocenili takie perły hard rocka jak Deep Purple In Rock czy Machine Head, które pozostawiły po sobie kilka nieśmiertelnych utworów? Jak? Tak samo? Najwyższe noty i tu, i tu?
Przy niemal każdej purpurowej płycie robię podobny wstęp, teraz do rzeczy. Ja ocen sztucznie nie podbijam. Cenię Deep Purple, lubię ich brzmienie, gitarowo-klawiszowe dialogi, itd., ale liczą się kompozycje, a z tym bywa średnio. Tak sobie było dwa lata temu na płycie =1, podobnie jest teraz na albumie Splat! Ian Gillan zapowiadał materiał na poziomie Highway Star czy Smoke On The Water, ale chyba coś mu się we łbie pomieszało. Owszem, jest bardzo dynamicznie (Gillan: „mamy tę samą dynamikę, balans i frajdę z muzyki, jaką tworzyliśmy w latach 1969–1973”), Simon McBride nieźle wywija na gitarze i w ogóle wniósł sporo wigoru do zespołu, Don Airey szaleje na pianinie, syntezatorach i oczywiście na nieśmiertelnych Hammondach, płyta jest więc pełna energii, to chyba najmocniejsza, najbardziej hardrockowa rzecz od wielu lat, ale na tym zalety się kończą. Krótkie 3- i 4-minutowe kompozycje są jedynie popłuczynami po wspomnianych klasykach. Jeszcze wydane na singlach rozpędzony Arrogant Boy i ubarwiony solówkowymi dialogami Simona McBride’a z Keithem Urbanem (gościnnie na gitarze) Diablo z wyrazistym riffem jakoś tam się bronią (zwłaszcza ten pierwszy, drugi już mniej), mogę jeszcze dodać pachnący orientalizmami The Lunatic czy mający celtycki posmak Sacred Land i na upartego surowy, ostry Scriblin’ Gib’rish. Reszta do zapomnienia. Jednak wymieniłem połowę….
Ktoś powie, że się czepiam, bo to w sumie dość przyzwoity hardrockowy album, bez jakichś poważniejszych wpadek. Zgoda. Ale też bez specjalnych wzlotów. Brak wyrazistości od dawna uwiera Deep Purple, może dlatego trzeba zapomnieć o przeszłości i docenić ich wigor, chęci, brzmienie (brawo dla producenta Boba Ezrina) i cieszyć się, że jeszcze się panom chce. Bo nic nie muszą. Niedługo 60-lecie rozpoczęcia działalności grupy. Wierzę, że wtedy otrzymamy kolejny podobny krążek. Splat! u mnie dostaje trzy gwiazdki. Czyli nieźle, ale bez szału.
Moja ocena: 3/5
