
Przez ostatni miesiąc wszyscy komentowali mundial rozgrywany głównie w USA, lecz również na terenie Meksyku i Kanady. Ja odpuściłem, bo to głównie portal o Realu Madryt, lecz po zakończeniu turnieju warto pokusić się o kilka refleksji. Zwłaszcza że piłkarze Realu odgrywali niebagatelną rolę. Przede wszystkim miało być naj. Najlepszy mundial, najwięcej drużyn (aż 48), największe odległości, najwspanialsze stadiony, największy rozmach, itd., itp. Rozmach Amerykanie mają, to im trzeba przyznać, oprawa spotkań była efektowna, ale cała reszta już niekoniecznie. Było naj, ale raczej w złym guście. Najwięcej skandali, najwięcej kontrowersji, największe wały, itd. Z przyczyn politycznych nie wpuszczono najlepszego sędziego z Afryki, piłkarzom Iranu zabroniono stacjonować w USA i kazano zaraz po meczu lecieć do Meksyku, Leo Messi uniknął czerwonej kartki za ordynarny faul, bo przecież jego absencja zaszkodziłaby wizerunkowi imprezy, więc Argentynę niemiłosiernie faworyzowano, z kolei Folarin Balogun z USA uniknął kary za czerwoną kartkę po interwencji Donalda Trumpa, który przecież na futbolu (jak i na wszystkim innym) zna się najlepiej. Zadzwonił do Infantino i prezes FIFA nagiął przepisy tworząc groźny precedens. Czego to się nie robi dla kumpla. Przy okazji – kilka miesięcy wcześniej Infantino nawet wręczył Trumpowi pierwszą w historii „pokojową nagrodę FIFA”, jakby wręczanie wymyślonych nagród miało być misją prezesa piłkarskiej federacji. Oczywiście inni nie mają takich chodów i nie mogli liczyć na podobne traktowanie przez FIFA w przypadku skarg i zażaleń. Ale kto by się tam przejmował skandalicznymi decyzjami sędziów (wyjątkowo marny poziom) czy naginaniem przepisów, skoro wódz naczelny tak zarządził. Mieliśmy więc komercyjne przerwy w meczach, już nie było dwóch połów tylko cztery kwarty. Przerwa w finałowym meczu nie trwała 15 minut tylko 25, bo widowisko musiały uświetnić szmirowate występy. Dobrze chociaż, że FIFA nie nakazała zmiany nazwy sportu, więc to nadal futbol, a nie soccer.
Przechodząc do strony sportowej. 12 czterodrużynowych grup, z których po rozegraniu aż 72 meczów awansują niemal wszyscy, bo nawet większość drużyn z trzecich miejsc, nie ma kompletnie sensu. Można było awansować wygrywając tylko jeden mecz, albo nawet żadnego. Ostatnia kolejka była pozbawiona emocji, bo jedni wystawiali rezerwy, innym nie zależało, bo już mieli awans w kieszeni. Absurd. Ale liczy się kasa z biletów więc Infantino już myśli, żeby kolejny mundial rozszerzyć do 64 drużyn. To może od razu 200 i nie grać eliminacji?
W rozgrywkach grupowych najbardziej zawiedli Turcja (przegrała dwa mecze i nie awansowała), Urugwaj (tylko dwa remisy i brak awansu) i Czechy (bez zwycięstwa, ostatnie miejsce). Największą niespodzianką było Cabo Verde – Republika Zielonego Przylądka, niewielkie państwo wyspiarskie na Oceanie Atlantyckim blisko Afryki, zaledwie pół miliona mieszkańców. Skazani na pożarcie nowicjusze nie przegrali ani jednego meczu remisując z późniejszym mistrzem Hiszpanią i wicemistrzem Argentyną, z którą odpadli dopiero po dogrywce. Kiepsko grała Portugalia, która nie wygrała swojej grupy i szybko trafiła na Hiszpanię kończąc udział w mundialu po porażce 0:1. Niemcy, którzy na starcie rozbili Curaçao 7:1, w 1/16 odpadli z Paragwajem. Brazylia w 1/8 przegrała z Norwegią. Do półfinałów awansowały cztery drużyny z pierwszej czwórki rankingu FIFA. Wszystko planowo, gdyby nie fakt, że Argentyna miała po drodze samych słabeuszy (Jordania, Austria, Algieria, Republika Zielonego Przylądka, Egipt, Szwajcaria), a i tak ledwo to wyciągnęła. Ale w pólfinale przegrywała z Anglią i zagrała koncertowe 30 minut, odrobiła straty i wysłała Wyspiarzy do domu, nadając inne znaczenie hasłu „football is coming home”. Z drugiej strony Hiszpania, która wcześniej nie zachwycała, dała lekcję futbolu rozpędzonym Francuzom, niemal jednogłośnie typowanym na głównego faworyta turnieju. Finał to osobna historia. Spotkali się mistrz Europy i mistrz Ameryki Południowej. Nie pamiętam tak jednostronnego finału wielkiej imprezy. Hiszpania wygrała tylko 1:0 po dogrywce, ale miała kilkanaście celnych strzałów (11 interwencji Martíneza w bramce), zaś Argentyna ani jednego. Albicelestes nie istnieli w tym meczu. Zapamiętamy ich tylko za chamskie zachowania i brutalną grę, której sędzia starał się nie dostrzegać. Ogromny wstyd tak zagrać w finale. Ceremonię radości po zwycięstwie starał się zepsuć Donald Trump, nie chciał opuścić sceny po wręczeniu pucharu, ale ostatecznie udało się go odciągnąć. Taki to był mundial.
Piłkarzem turnieju wybrano Rodriego, ale to chyba za nazwisko, bo raczej nie za grę. Hiszpania nie miała gwiazd, a ta najwięszka – Yamal, akurat nie dojechała z formą. Dojechali za to inni znani napastnicy i to największy plus tego mundialu – ci wielcy strzelali bardzo dużo. Przez ostatnie 50 lat 6 goli wystarczało na tytuł króla strzelców (wyjątek – Ronaldo 8 goli w 2002 roku). Teraz 6 i więcej goli strzeliło aż 6 zawodników. Kylian Mbappé uzbierał 10 goli (poprzednio tyle strzelił Gerd Müller w 1970 roku) i zdobył tytuł króla strzelców mundialu drugi raz z rzędu (poprzednio miał 8 goli) i z liczbą 22 bramek jest najlepszym strzelcem w historii mistrzostw świata (a przed nim jeszcze niejeden turniej!). 8 bramek strzelił 39-letni Leo Messi. 7 ma na koncie Jude Bellingham, to pierwszy w historii pomocnik z taka liczbą. Po 6 zanotowali Ousmane Dembélé i Harry Kane. Łącznie piłkarze Realu Madryt zdobyli na mundialu 22 gole, poprzedni rekord klubowy wynosił 18. Te wszystkie liczby robią wrażenie, ale nie zamaskują złego wrażenia, jakie turniej po sobie zostawił. Trump psuje wszystko, czego się dotyka, ale oczywiście odtrąbi sukces. FIFA podobnie, ale Infantino już od dawna tylko liczy kasę. A tej uzbierał sporo, bo ceny biletów były absurdalne. Uczestniczy coraz więcej krajów, ale coraz mniej ludzi stać na podziwianie ukochanych drużyn. Takie czasy.
