Real Madryt w Abu Zabi dopełnił formalności – wysoko wygrał z gospodarzami turnieju i został klubowym mistrzem świata po raz trzeci z rzędu, co jest rekordem rozgrywek. Wynik ani przez chwilę nie był zagrożony, madrytczycy stworzyli sobie sporo okazji bramkowych i tylko swojej nonszalancji i niedokładności zawdzięczają, że zdobyli tylko jedynie 4 gole. Gareth Bale został najlepszym strzelcem turnieju (chociaż dzisiaj pudłował na potęgę), najlepszym graczem finału wybrano Marcosa Llorente, a sam mecz był dość jednostronnym widowiskiem. Real grał w swoim tempie (czyli powoli), lecz i tak potrafił stworzyć wiele groźnych akcji. Najpierw jednak to gospodarze po błędzie Marcelo powinni wyjść na prowadzenie, ale w idealnej sytuacji przestrzelili. W odpowiedzi ładną wymianę podań mocnym uderzeniem zakończył Modrić i w 14 minucie było 1-0. Do przerwy Królewscy utrzymali ten wynik, chociaż mieli wiele okazji na kolejne gole. Najlepszą zmarnował Benzema, minimalnie chybił aktywny jak zawsze Lucas Vázquez, a precyzyjną główkę Bale’a idealnie wybronił Eisa.
Cały czas można było odnieść wrażenie, że Królewscy mając mecz pod kontrolą nie bardzo chcą się wysilać. Szybkich ataków w ogóle nie było, jakby oszczędzali siły – ale na co, skoro to finał? Po zmianie stron było tak samo – Real atakował, Al-Ain patrzył bezradnie, Benzema zmarnował kolejną setkę, a spokój w szeregi Los Blancos wniósł
najlepszy na boisku Llorente podwyższając wynik na 2-0 pięknym wolejem w 60 minucie. Potem było już z górki – madrytczycy kontrolowali mecz, tempa już nie musieli forsować, pozwolili więc sobie na trochę zabawy, kilka zmarnowanych okazji (Bale, Benzema), nawet efektowną przewrotkę Bale’a chybioną o centymetry, a gdy Ramos w 79 minucie precyzyjną główką trafił na 3-0, było po wszystkim. Europejscy mistrzowie na tyle się zrelaksowali, że nawet dopuścili do straty bramki (ku wielkiej radości widowni tuż przed końcem cudowną główką w samo okienko popisał się Shiotani), ale zaraz odpowiedział dopiero co wprowadzony na boisko Vinícius Júnior, który po solowej akcji nabił obrońcę i tym samym ustalił wynik na 4-1.
Nie warto udawać, że dzisiaj czekało Królewskich wyjątkowo trudne zadanie. Mieli obowiązek zwyciężyć i to zrobili. Wygrali Klubowe Mistrzostwa Świata dodając kolejny puchar do kolekcji i przez kolejny rok będą dumnie nosić tytuł najlepszej drużyny świata. Nawet jeśli ich gra jest daleka od najlepszej.
Plus meczu: Llorente

