
Gdy tylko na początku marca, po ligowych porażkach z Osasuną i Getafe zdążyłem opublikować artykuł Alvaro Arbeloa koniec miesiąca miodowego, podsumowujący niezbyt udany początek Hiszpana w roli trenera Realu Madryt, gra drużyny zmieniła się nie do poznania. Jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki. Więc może trener nie taki zły? Albo piłkarze wcale nie tak rozpuszczeni i leniwi? Czas pokaże, bo do końca sezonu jeszcze trochę brakuje, a nikt nie wręcza trofeum za kilka dobrych występów. Ale warto je odnotować. Ligowe wygrane z Celtą i Elche, 5 goli Fede Valverde w ciągu jednego tygodnia, trafienie Ardy Gülera z 65 metrów, to wszystko cieszy, ale najbardziej liczy się awans do ćwierćfinału Ligi Mistrzów po pokonaniu Manchesteru City, bo w tym starciu Los Blancos powszechnie byli skazywani na porażkę. Ale futbol bywa nieprzewidywalny, a Realu nigdy nie wolno skreślać.
Pierwszy mecz przed tygodniem na Bernabéu to była całkowita aberracja. Pogrążony w kryzysie madrytczycy, bez połowy składu, rozgromili faworyzowane City aż 3:0, a wszystkie gole w pierwszej połowie strzelił Fede Valverde. Każdy kolejny piękniejszy od poprzedniego. Drużyna grała odważnie, szybko, zespołowo, stosowała pressing i przebiegła ponad 120 km. To się nie zdarza. Nie w Madrycie. Kibice przecierali oczy ze zdumienia. Håland nie istniał, ekipa Guardioli była bezradna, a Real fruwał. Do pełni szczęścia zabrakło czwartego gola, gdy Vinícius Júnior uderzał z rzutu karnego. Strzelił fatalnie, nonszalancko, i Donnarumma łatwo obronił. Vini nie dźwignął tego meczu, ale reszta jak najbardziej tak. Pozostał rewanż na Etihad, który tylko nieobeznanym w temacie wydawał się formalnością. Ileż to razy Real po wysokim zwycięstwie potrafił roztrwonić tę przewagę w rewanżu.
Jednak tym razem nie tylko Królewscy jako zespół stanęli na wysokości zadania, ale także indywidualnie Vinícius zrehabiliotował się za słaby występ w Madrycie. Strzelił dwa gole, Real wygrał 2-1 (aż 5-1 w dwumeczu z City!) i pewnie awansował do ćwierćfinału Ligi Mistrzów, gdzie czeka rozgniatający kolejnych rywali Bayern, bezsprzecznie najlepszy zespół europejski w tym sezonie. Sam mecz z City w 20 minucie ustawił rzut karny po zagraniu ręką Bernardo Silvy, który za to zagranie został wyrzucony z boiska. Vinícius tym razem nie zlekceważył strzału i Real wyszedł na prowadzenie. Zlekceważył niestety dwie kolejne setki, gdy w prostych sytuacjach nie trafił w bramkę. Grający w dziesiątkę Manchester City nadal stwarzał zagrożenie, Håland nawet wyrównał, ale to było wszystko. Z ich strzałami radził sobie Courtois, a po przerwie Łunin (Belg doznał kontuzji i nie wyszedł na drugą połowę). Los Blancos kontrolowali wydarzenia, a w samej końcówce postawili kropkę nad i. Tchouameni pięknie dośrodkował, a Vini dostawił nogę. Tak oto żółtodziub Arbeloa dwa razy pokonał osławionego Pepa Guardiolę, a wcześniej dwa razy ograł Jose Mourinho. Takiego wyczynu w jednym sezonie nie dokonał przed nim żaden szkoleniowiec. Duże brawa dla trenera i drużyny. Wreszcie widać jakieś światełko w tunelu, i oby ono szybko nie zgasło w starciu z niemiecką maszyną z Bawarii.
