
Wygląda na to, że historia Megadeth dobiegła końca. Najnowszy, 17. album Kalifornijczyków ma być ich ostatnim, a trasą promującą krążek panowie kończą trwającą ponad 40 lat muzyczną aktywność. Przynajmniej tak twierdzi były gitarzysta Metalliki Dave Mustaine, założyciel, jedyny stałego członek i główny kompozytor grupy („Jest wielu muzyków, którzy dotarli do kresu swojej kariery: intencjonalnie lub nie. Większość z nich nie mogła odejść na własnych zasadach, a ja jestem teraz na takim etapie życia „). Megadeth należący do tzw. „wielkiej czwórki thrash metalu” (razem z formacjami Anthrax, Metallica i Slayer) już swoje zrobił, gra od 40 lat, sprzedał ponad 50 milionów płyt, i w sumie zasłużył na emeryturę, ale Slayer też ogłosił definitywny koniec w 2019 roku, a pięć lat później powrócił na scenę grając kilka ekskluzywnych koncertów festiwalowych. Never say never… W przypadku Megadeth czas pokaże, czy to aby nie chwyt marketingowy.
Tak czy inaczej, album zatytułowany po prostu Megadeth ukazał się pod koniec stycznia, a drugim obok Dave’a gitarzystą został Teemu Mäntysaari, współkompozytor niemal całego materiału (na pokładzie jest też nowy basista, ale to norma – wiadomo, że przed każdą kolejną premierą Mustaine musi namieszać w składzie). Poprzeczka była ustawiona wysoko, bo zespół złapał formę, a poprzednia płyta The Sick, The Dying… And The Dead! z 2022 roku to było prawdziwe arcydzieło. Nowa muzyka zniewala energią i agresywnymi solówkami, ale to już wiedzieliśmy po wydanych wcześniej singlach, których było aż cztery. One wszystkie otwierają album (przedzielone jedynie kapitalnym, bardzo hitowym Hey, God?!, który napędza riff niemal żywcem wzięty z hitu Symphony Of Destruction) i jest to najlepszy moment całości. Wściekły Tipping Point to Megadeth w pigułce, gdzie zmiany tempa, szalone solówki i dynamiczne bębny Dirka Verbeurena przypominają klasyki sprzed 40 lat. I Don’t Care to już bardziej punkowy klimat, kawałek prosty jak budowa cepa, ale ma swój urok. W Let There Be Shred znów wraca różnorodność, a charakter utworu budują dialogi gitarowe Dave’a i Teemu. Z kolei Puppet Parade oferuje bardziej przebojową odmianę thrashu. Potem bywa różnie, bo i tempo siada, i emocje maleją. Ale początek robi robotę, zaś sam finał płyty jest godnym pożegnaniem wielkiej grupy ze słuchaczami – The Last Note, rozpędzony kawałek z akustycznym finałem i melorecytacją Mustaine’a, którą kończy słowami „So here’s my last will, my final testament, my sneer. I came, I ruled, now I disappear” (Więc oto moja ostatnia wola, mój ostateczny testament, moja drwina. Przybyłem, rządziłem, teraz znikam”). No lepiej nie można było zakończyć ostatniej płyty.
W wersji CD jest jeszcze bonus – nowa wersja Ride The Lightning, tytułowej kompozycji drugiej płyty Metalliki. Celowo unikam słowa cover, bo przecież Mustaine jest współautorem utworu, ale to jednak klasyk zespołu Metallica. Wersja Megadeth jest nieco szybsza i brzmi nowocześniej, ale generalnie utrzymano klimat oryginału.
Podsumuję to tak – pożegnalna płyta Megadeth może nie rzuca na kolana, ale jest dobrym podsumowaniem tego, czym był ten zespół i za co go pokochaliśmy. To retrospektywny materiał, z licznymi nawiązaniami do przeszłości, choć nieco monotonny i dlatego oceniam go nieco niżej niż poprzednika, ale z pewnością dostarczy sporo frajdy miłośnikom grupy. Naprawdę solidne zamknięcie świetnej kariery.
Moja ocena 3/5
