
Muszę przyznać, że na zespole Vintage Caravan można polegać. Zgodnie z nazwą formacji, każdy kolejny album Islandczyków, od debiutu w 2011 roku, serwuje potężną porcję retro rocka na solidnym poziomie. Raz jest nieco lepiej, raz trochę gorzej, ale panowie trzymają poziom i choć nie rozpieszczają fanów wydając płyty co trzy lub cztery lata (poprzedni krążek Monuments pochodzi z 2021 roku), to jednak warto na nie czekać. Ta najnowsza nosi tytuł Portals i tak jak poprzednie, przynosi muzykę zakorzenioną w latach 70. przefiltrowaną przez współczesne trendy. Nie jest to więc tylko granie dla dinozaurów tęskniących za Deep Purple, Led Zeppelin, Hawkwind czy Pink Floyd, bo chociaż hołd dla klasyków hard i psychodelic rocka jest oczywisty, przez 15 lat Vintage Caravan dorobił się własnego, rozpoznawalnego stylu i wydał swój najbardziej dojrzały album.
Nie lubię takich określeń („dojrzały, solidny” itp.), ale tym razem użyłem ich całkiem świadomie. Prywatnie wolę płytę Voyage z 2014 roku i jej klimat, ale grupa ewoluuje i jej najnowsza propozycja z pewnością bardziej trendy, jest szansa na dotarcie do nowych słuchaczy, którzy nie wyłączają radia po usłyszeniu hasła „retro”. Bo ta muzyka jest retro, jest vintage, lecz to połączenie ciętych riffów i barwnych solówek z dużą dawką energii i melodyjności brzmi bardzo współcześnie i potrafi porwać. Nagrań jest 17, ale 5 tytułowych portali to krótkie miniaturki, więc w zasadzie mamy 12 nowych utworów trwających niecałą godzinę. Akurat w sam raz.
Teraz powinienem wymienić najlepsze utwory, ale z tym mam spory problem. Jest wiele niezłych, ale żaden mnie nie rzucił na kolana. Niemniej o kilku wspomnę. Płytę otwiera mocny, zadziorny Philosopher, w którym gościnnie śpiewa Mikael Åkerfeldt, wokalista grupy Opeth, z którą Vintage Caravan często koncertował i panowie zdążyli się zaprzyjaźnić. Lepiej wypada pulsujący rytmem Days Go By, jest niemal tak hitowy jak Riot, który na pierwszym singlu pilotował album. Szybki i dynamiczny jest też ostatni w zestawie This Road, ale trwa 6 minut, więc jest tu więcej czasu na odrobinę gitarowego szaleństwa. Intrygująco wypada Here You Come Again, brzmiący dość klasycznie, więcej tu wirtuozerii niż rytmu, i to akurat dobrze. Z kolei najdłuższy w zestawie, 7-minutowy Current to bluesowy kawałek, który przyjemnie buja, by w finale zaskoczyć mocą i najlepszą na płycie partią gitary. To chyba ogólnie mój faworyt. Mógłbym jeszcze wymieniać drobne smaczki, jak Hammondy w Alone, solówkę gitarową w Electrified, itp., ale chyba już wystarczy. Portals to po prostu dobry, równy album, który nie rozczaruje fanów islandzkiego tria, ale dla innych może być zaskoczeniem i znakiem, że warto sięgnąć po starsze płyty zespołu.
Moja ocena 4/5
