
W Dżuddzie Barcelona wygrała z Realem Madryt 3-2 i zdobyła Superpuchar Hiszpanii. Nie było więc ani wielkiego lania, jakiego oczekiwali pesymiści z Madrytu patrząc na formę obu drużyn, ani też wielkiego zaskoczenia, jakim byłaby wygrana Los Blancos. A wbrew pozorom brakowało niewiele, bo pod koniec meczu Królewscy mieli dwie stuprocentowe sytuacje, ale mając przed sobą całą siedmiometrową bramkę zarówno Asencio, jak i Carreras postanowili lekko podać do golkipera.
El Clásico nr 263 do pewnego momentu nie było porywającym widowiskiem. Barcelona rządziła w środku pola ale nie stwarzała zagrożenia, Real się okopał i czyhał na kontry, ale Vinícius Júnior i Gonzalo García zmarnowali swoje szanse. Przestrzelił też Raphinha po prezencie od Valverde, ale drugiego prezentu (od Rodrygo) już nie zmarnował i w 36 minucie było 1-0. Mecz nabrał tempa, a w doliczonym czasie gry działy się rzeczy niesłychane i nudnawy Klasyk stał się hitem. Najpierw cudowny rajd Viníciusa dał wyrównanie (minuta 45+2). Chwilę później obrońco urwał się Lewandowski i trafił na 2-1 (minuta 45+4). Sędzia pozwolił jeszcze rozegrać akcję Realowi, który po rzucie rożnym wyrównał za sprawą Huijsena (strzał w spojenie) i dobitki Gonzalo Garcíi (minuta 45+6). Emocje sięgnęły zenitu, do przerwy był remis. Lepiej, ale też nie jakoś wybitnie grała Barcelona (prawie 75% posiadania piłki), lepsze okazje stworzyli madrytczycy.
Po zmianie stron Real zamiast atakować przeciętną w tym meczu Blaugranę, głównie się bronił i niewiele potrafił wykreować po przechwytach. Taka gra, bardziej przeszkadzanie rywalowi niż tworzenie futbolu, wygląda paskudnie, niegodnie tak wielkiego klubu. Ale cel był blisko gdyby nie strzał Raphinhi w 73 minucie i pechowy rykoszet od Asencio. Zrobiło się 3-2, lecz o dziwo wcale nie nastąpił zmasowany atak Realu, by odwrócić wynik. Królewscy dalej nudzili podaniami w poprzek i do pracy wzięli się dopiero w samej końcówce. Bez efektów, o czym pisałem wyżej. Skuteczność zawiodła, ale też nie było widać wielkiej determinacji, jakiej bym oczekiwał od tak utytułowanego klubu. Gra była nijaka, taktyka bojaźliwa, atak nie funkcjonował, poza jednym Brazylijczykiem (nawet wracający po kontuzji Mbappé nie pomógł, bo przez 20 minut nikt mu nie zagrał żadnej sensownej piłki). Tak się nie wygra tytułów. Bezjajeczny i bezbarwny Real przegrał zasłużenie, mimo iż Barcelona nie grała wielkiego meczu. Nie grała, bo nie musiała. Na Real Xabiego tyle wystarczy. To bardzo smutna konstatacja.
