PRIMAL FEAR Domination 2025

Primal Fear Domination 2025

Nie co dzień jest niedziela – to jedno z moich ulubionych powiedzeń, również przy recenzowaniu muzyki. Jak to się ma do nowej płyty zespołu Primal Fear zatytułowanej Domination? Ano tak, że tym dniem szczególnym, tą przysłowiową „niedzielą” był album Metal Commando z 2020 roku, na którym niemieccy klasycy heavymetalowego łojenia perfekcyjnie połączyli speedmetalową dynamikę z powermetalową melodyjnością. Trudno było temu dorównać i kolejny krążek Code Red był już tylko niezły, albo „solidny”, bo to lepiej brzmi. Dokładnie tak samo jest z najnowszym dziełem grupy Mata SinneraRalfa Scheepersa. Ci dwaj weterani znów namieszali w składzie (odszedł perkusista Michael Ehre oraz gitarzyści Tom Naumann i Alex Beyrodt, ich miejsce zajęli Andre Hilgers z Rage oraz młoda, mało znana gitarzystka Thalìa Bellazecca), ale niespecjalnie zmieniło to muzykę formacji, bo na pokładzie pozostał Magnus Karlsson (gitara, klawisze), wiele solówek jest jego autorstwa, wraz z dwoma wymienionymi jest też współproducentem płyty. A produkcja stoi na wysokim poziomie, brzmienie jest klarowne, wokal Ralfa brzmi czysto i wyraźnie, a to przecież jeden z najbardziej charyzmatycznych wokalistów rockowych. Tyle tytułem wstępu.

Muzyka na Domination powinna zadowolić fanów Primal Fear. Może nie jest to żadna dominacja, ale panowie (i jedna pani) łoją wystarczająco mocno, grają wystarczająco przebojowo, by dorzucić do swej kolekcji kolejne hity i koncertowe klasyki. Zarzuty, że to wszystko już było, są zasadne, ale to typowy power metal więc nikt tu nie odkryje Ameryki, nie ma szans na nic nowatorskiego ani wybitnego. Nie o to tu chodzi. Po prostu muzycy grają swoje, z odpowiednią intensywnością, masą zadziornych riffów i wpadających w ucho refrenów. Tylko tyle i aż tyle. Reszta to kwestia gustu, co komu pasuje. Melodie nie są najlepsze, i godzina podobnych do siebie utworów może znużyć, ale pośród tych 13 nagrań da się wyłowić te naprawdę świetne. Większość z nich wyszła na singlach, więc tutaj muzycy trafili z wyborem. Całość pilotował Far Away, akurat średni kawałek, ale album otwiera drugi singel The Hunter, i tu już wszystko jest na swoim miejscu. To dynamiczne nagranie z dobrą melodią i nośnym refrenem. Taki sam, jak nie lepszy jest oparty na ciężkim riffie Destroyer. Przekonuje też I Am The Primal Fear i chyba najbardziej wpadający w ucho Heroes And Gods, z chóralnym początkiem, wściekłym tempem i podniosłym refrenem. Bardzo osobliwa mieszanka. Z takich speedowych petard wymienię jeszcze Scream. Wypada wspomnieć o 7-minutowym utworze Eden, który miał być takim epickim magnum opus wydawnictwa, ale to nie do końca się udało, bo brak tu konkretów, wyrazistości, nagranie jest zbyt bezpieczne i przez to bezbarwne. Reszta taka sobie, ale wymieniłem wystarczająco dużo, by warto sięgnąć po ten album.

Primal Fear w ostatniej dekadzie jest w kapitalnej formie, nagrywa płyty dobre, a czasem bardzo dobre, kultywujące tradycje Judas Priest. Nie mają znaczenia zmiany personalne, bo trzon zespołu jest nienaruszalny. I niech tak pozostanie. Płyta Domination daje sporo frajdy, chociaż daleko jej do tych topowych albumów zespołu.

Moja ocena 3/5

Udostępnij

Post Author: Sławek

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Potwierdź, że nie jesteś automatem: