
Paradise Lost to dzisiaj absolutni klasycy doom metalu z domieszką rocka gotyckiego. Brytyjczycy pod wodzą Nicka Holmesa (wokal) i Gregora Mackintosha (gitara) nagrywają od 35 lat, a wydany niedawno Ascension to już ich 17. album. Sporo tego. Muzycznie bywało różnie, ale po niezbyt udanych eksperymentach brzmieniowych i paru słabszych pozycjach panowie wreszcie wrócili do korzeni, dodali trochę melodii serwując kompozycje oparte na monumentalnym brzmieniu gitar i bębnów, a mroczna melancholia wciąż pozostaje ich znakiem rozpoznawczym. Wielu to docenia, dla innych są smętni i nudni. Wychwalałem ich poprzedni krążek Obsidian z 2020 roku i spieszę donieść, że teraz też jest całkiem dobrze. Pięć lat milczenia zobowiązuje – muzycy mieli czas, by się postarać i stworzyć udane kompozycje. Problem pozostał ten co zawsze – stworzone według jednego przepisu utwory trudno rozróżnić i nieco przytłaczają w godzinnej dawce. Celowo nie piszę nudzą, bo absolutnie nie nudzą, ale męczą na pewno. Lepiej je dawkować, wtedy wszystko gra. Zwłaszcza, że nawet growl (którego nie lubię) został ograniczony do minimum, stając się jedynie dowodem na wokalną wszechstronność Nicka Holmesa.
Album zaczyna się z grubej rury, bo w jego pierwszej części skupiono najlepsze utwory, w tym te wydane na singlach. Oparty na mocarnym riffie Serpent On The Cross stopniowo się rozkręca, po mrocznym początku pędzi na złamanie karku i stanowi kapitalny wstęp do płyty. Tyrants Serenade jest spokojniejszy, bardziej melodyjny, zachwyca przejmującymi solówkami Mackintosha, z kolei najdłuższy, 7-minutowy Salvation to już popis wokalnych możliwości Holmesa na tle doomowej melodyki. Silence Like The Grave pilotował płytę na pierwszym singlu, to dość przebojowy kawałek, trochę w stylu Metalliki, z nośnym riffem i posmakiem gotyku. Lay A Wreath Upon The World mocno pachnie Anathemą, czaruje akustycznym wstępem, by potem nabrać mocy. I tak dalej, każdy z utworów coś w sobie ma, i złapałem się na tym, że trudno mi wybrać te najlepsze. Najlepiej wchodzą te z pierwszej części płyty (wymienione wyżej), ale jeśli chwilę odpoczniemy, to potem można wyłowić nieustannie zmieniający tempo Diluvium czy szybki, przebojowy wręcz Deceivers, którego zapętlony początek nawiązuje do Sweet Leaf Sabbathów.
W sumie więc Paradise Lost zaserwował nam dojrzały, naprawdę dobry album. Chwilami bardzo dobry, przepełniony emocjami, sięgający głęboko do przeszłości ubranej w nowoczesną stylistykę. Gotycki klimat nagrań, elementy doom metalu idealnie połączone z melancholijnymi melodiami, tworzą idealną mieszankę dla wielbicieli tego typu grania. Głównie dla nich, bo reszta pewnie nawet nie zauważy. Cóż, takie czasy.
Moja ocena 4/5
